Te nostalgiczne Austro-Węgry
Pan Drakulič został wywabiony z swoich Siedmiogrodzkich lasów przez największego potwora lat 20. – papierologię (wiadoma partia zaktywizowała się w kolejnej dekadzie). Technicznie rzecz biorąc czasy Franciszka Józefa dawno minęły (tu gif ze smutnym Makłowiczem), ale dla urzędników to żadna przeszkoda. Przecież zarządzenie, które mogą wreszcie dostarczyć do dotąd nieuchwytnych rąk własnych, zostało wydane jeszcze w wiekach średnich. Ale to nic, przedawnienie nie obowiązuje. Drakulič musi odejść… ze swojego zamku, skonfiskowanego na rzecz skarbu państwa.
Międzywojnie w Mitteleuropie to wdzięczny materiał artystyczny. Wciąż niesie się po niej echo słodko-gorzkich przygód Szwejka, pod szczytami czarodziejskich gór omawiana jest natura człowieka i jego przyszłość, rozmowy tylko czasem przerywa gruźlicze kasłanie. W miastach coraz bardziej katastroficznie brzmią kabarety. A do tego wciąż pamięta się o powieści gotyckiej, teraz jednak troszeczkę zabawnej, w końcu nastał wiek nauki i rozumu. Sto lat później ta mieszanka wciąż do nas przemawia, między innymi dlatego, że ostatnio czujemy się jakoś zbyt podobnie do tego, co znamy z opowieści pradziadków… Ale to temat na inną recenzję. Wyjazd do urzędu na szczęście nie obarczy pana Drakulicia całym bagażem XX wieku.

Umarli podróżują szybko…
… niestety, z pana Vaclava nie jest przecież żaden zmarły, a już na pewno nie Drakula. Więc dotarcie do stolicy zajmie mu trochę czasu. Zwłaszcza że najpierw musi ustalić, o jaką stolicę chodzi. Sporo się zmieniło, odkąd ostatni raz opuszczał zamek… Jak pamiętacie, była wojna i trochę pozmieniała granice. To nie tak, że jest jakimś wampirem i spał u siebie ostatnie sto lat. A, że wszyscy przekręcają jego nazwisko? Kto by się połapał w tych małych językach.
Całą fabułę tego komiksu można by streścić w kilku zdaniach. Co gorsza, większość z was domyśli się zwrotów akcji i puenty całkiem szybko. Rozumiem jeśli niektórych to sfrustruje – tak naprawdę to główny zarzut w niepochlebnych recenzjach: znamy, słyszeliśmy, no przecież to nic nowego. Czujcie się ostrzeżeni. Ale też zachęceni – tu nie do końca chodzi o to, żebyście się nie spodziewali konkretnego żartu. Konieczność fabularna, nieuchronność skojarzenia to przecież największa zmora pana Vaclava. Oraz najsilniejsza broń każdego urzędu.

Cudne manowce
Na początku Mazur i Henryk mieli stworzyć ten komiks we dwóch. Sploty niefortunnych wydarzeń (nic nie piszą o Urzędzie Skarbowym ani ZUSie, ale my się domyślamy…) uniemożliwiły im ten zamiar. Tak do spółki dołączył Ratka, którego możecie kojarzyć np. z komiksów Celulozy. To, w jaki sposób przetłumaczył storyboardy Henryka (jeśli znacie jego twórczość, odnajdziecie wskazówki) na swoją bardziej melancholijną i realistyczną kreskę, to dla mnie źródło największej radości z tego małego dziełka. Oczywiście chłopaki zostawiły sobie też tę charakterystyczną henrykowską żółć.
Zamiast pędzić przez przygodę pana Drakulicia w poszukiwaniu niefortunnych, ale zabawnych zwrotów akcji, dajcie sobie chwilę na podziwianie transylwańskich lasów i gór, szumnych kamienic stolicy cesarstwa, tfu, republiki. Pooglądajcie tłumy charakterystycznych typów ludzkich kłębiących się w pociągach i na szlakach. Kraj widział wiele zmian, nowe się jutro wyłania powoli… ale jeden starszy pan chyba nie został do tej przyszłości zaproszony. Tylko od niego zależy, czy znajdzie w niej jakieś miejsce dla siebie.
