Egmont otwiera nową odsłonę Wielkich Bohaterów Disneya tomem poświęconym Kaczorowi Donaldowi. Start jest… dokładnie tam, gdzie powinien: w sercu klasyki. Dla wyjadaczy to może pachnieć déjà vu (dużo Barksa i Rosy znanych z poprzednich edycji), ale konstrukcja tomu, jako kuratorskiego przeglądu 90 lat Donalda (1934–2024), broni się znakomicie – i to zarówno treścią, jak i oprawą.
Dwa fronty: opowieści i opracowanie
Wszystko w tym wydaniu opiera się na dwóch równoległych liniach: Pierwszą stanowią historie – wachlarz od gagów Ala Taliaferro (m.in. Niedzielny obiad od twórców Siostrzeńców), przez przygodowe klasyki Carla Barksa (Kruki i kaczki, Straż nocna, Poszukiwacze Podziemnego Źródła), po wybór Dona Rosy i perełki z innych „szkół”: Tony’ego Strobla (Barksowski duch z animacyjnym nerwem), Giorgio Cavazzano (włoski temperament i echo II wojny) oraz holenderskiego Mau Heymansa. Jest też halloweenowe Cukierek albo psikus, kilka bardziej creepy historii, a czasem potknięcia reprodukcji (tak, żółte dłonie Donalda kłują w oczy).
Innym elementem jest aparatura krytyczna – moc dodatków „na serio”: timeline 1934–2024 ewolucji designu, porównania animacja vs. komiks, przegląd kadrów, szkiców, okładek, komentarze o różnicach wersji. To nie ozdoby, tylko przewodnik, który spina wybór opowieści jednym kluczem.

Bohater jak żywy: Donald w wielu odsłonach
Tom pokazuje Donalda w przekroju ról: pechowiec, złośnik, opiekun, poszukiwacz, a czasem antybohater z sercem na dłoni. Zmianę tonu świetnie czuć w „dłuższych” przygodach Barksa i Rosy, a Strobl czy Heymans przypominają, że poza „kanonem” powstawały warianty, które też ukształtowały mitologię Kaczogrodu. Pan Jones przewija się jak stały punkt zapalny sąsiedzkich wojenek; Cavazzano dorzuca włoski puls i szeroki kadr.
Redakcja spina epoki i stylistyki. Dla nowicjuszy – złoto. Dla kolekcjonerów Barksa/Rosy – „to już było”, choć podane lepiej: w ładnym druku, z sensem doboru i świetnymi wprowadzeniami. Minus? Kilka epizodów w mniejszym formacie rozstrzelonych na dużych planszach – tracą rytm, jaki znacie z „Gigantów”.
Oprawa i druk są bardzo dobre; dodatki – świetne. Gdzieniegdzie kuleje kolor (incydentalne „przepalenia”, wspomniane żółte ręce), ale całościowo to edycja, którą chce się mieć na półce. Na końcu znajdziecie zajawki kolejnych tomów (Sknerus, Miki) – widać plan na spójny cykl.
