Czwarty tom Ladies with Guns wrzuca nas ponownie w sam środek XIX-wiecznej Ameryki, w czas bezlitosnego podboju Dzikiego Zachodu. Pięć kobiet, które dawno temu odmówiły posłuszeństwa seksistowskiemu porządkowi świata, musi znów chwycić za broń.
Tym razem w centrum opowieści stoi Cassie – na skraju porodu, rozpięta między bólem, pamięcią i koniecznością przetrwania. I jak to u Bocqueta bywa: zanim zdążymy złapać oddech, wszystko eksploduje strzelaniną w odosobnionej chacie, po której ranny zostaje syn Cassie. Misja ratunkowa wydaje się niemal niemożliwa: daleka droga, bezdroża rozciągające się na zachód kraju, widmo stolicy i biurokratów z Waszyngtonu – a po piętach depczą im ludzie gorsi niż pustynna burza.
Nowy sezon, nowa stawka
Ten album otwiera świeży „sezon” i wyraźnie ewoluuje formułę serii. Scenarzysta luzuje tempo wielkiego pościgu, by pogłębić portret Cassie – jej decyzji, ran i tego, co z nich wyrosła. Służą temu liczne retrospekcje, które nie spowalniają akcji, tylko nadają jej kierunek: każde dziś ma tu przeszłość, a każda kula – powód. Drużyna kobiet wciąż działa jak naoliwiony rewolwer, ale pęknięcia między bohaterkami i ich odmienne definicje „sprawiedliwości” robią się coraz wyraźniejsze.
Rysunki Anlor i kolory Elvire De Cock to szkoła skutecznej inscenizacji. Montaż i „cięcia” pojawiają się dokładnie tam, gdzie trzeba: gdy akcję należy ścisnąć jak sprężynę, a za moment wypuścić w zupełnie nową sekwencję. Kadr raz zwęża się do klaustrofobicznej chaty, raz otwiera na przestwór prerii, zimowe rozlewiska i widoki tak filmowe, że niemal słychać skrzypienie śniegu pod kopytami. Paleta barw trzyma emocje w ryzach: brudy, rudości i chłody robią tu więcej roboty niż tysiąc słów narratora.

Western po frankofońsku, ale nie kanadyjsku
Ladies with Guns to western z francuskim sznytem, ale zrealizowany „po amerykańsku”. W prologu czuć klimat Death Proof i Nienawistnej ósemki: zamknięta przestrzeń, napięcie na włosku, a potem krew, drzazgi i rachunki do wyrównania. Sekwencja na pociągu buzuje energią niczym najlepsze pastisze Tarantino, a zimowe pejzaże mogą przywołać zarówno frankofońskie komiksy drogi, jak i Red Dead Redemption. To jednak nie jest tylko stylowa zabawa w cytaty – Bocquet prowadzi historię jak sensacyjny dreszczowiec, w którym każda decyzja ma cenę.
Seria zawsze była katalogiem nieszczęść, które świat zrzuca na kobiety – i katalogiem ich nieustępliwości. Tom 4 nie idealizuje bohaterek: bywa, że są antybohaterkami, bywa, że pękają, a bywa, że jadą po bandzie. Ekspresja postaci – czasem lekko karykaturalna – pomaga śrubować emocje i nadaje scenom humoru wtedy, gdy historia domaga się choć kapki ulgi. Najważniejsze, że ta banda wciąż działa jak rodzina z wyboru: różna, pokłócona, ale lojalna w chwili próby.
Choć album rozpoczyna nowy rozdział, opowieść jest wewnętrznie domknięta– można ją czytać bez biegłej znajomości poprzednich części. Jasne, wiedza o wcześniejszych dynamik doda smaczków, ale rdzeń – ratunek dziecka, rozliczenie z przeszłością Cassie, starcie z „porządkiem” świata – działa sam w sobie i dowozi satysfakcję.
