Są takie komiksy, przy których człowiek przypomina sobie, dlaczego w ogóle zaczął czytać historie superbohaterskie. W przypadku Absolute Batman miałem dokładnie takie uczucie. Mniej więcej czternaście lat temu, na fali popularności filmów Christophera Nolana, zacząłem mocniej interesować się DC Comics i czytać NEW52 wydawane przez Egmont. Było w tym coś niezwykle przyjemnego: twarda okładka, Batman, mroczny świat Gotham i przekonanie, że przede mną znajduje się historia, w którą naprawdę warto wejść. Przy nowym komiksie Scotta Snydera poczułem coś bardzo podobnego. I już samo to jest dla mnie ogromnym komplementem.
Batman klasy robotniczej
Absolute Batman nie próbuje jednak odtworzyć dawnych historii jeden do jednego. Wręcz przeciwnie – bierze Batmana, jego otoczenie i podstawowe elementy mitologii Gotham, a następnie rozkłada je na części, żeby zbudować wszystko jeszcze raz. Znajome nazwiska i symbole pozostają, ale ich znaczenie jest inne. To Batman, którego rozpoznajemy natychmiast, choć jednocześnie niemal wszystko wokół niego działa według nowych reguł.
Najważniejsza zmiana dotyczy oczywiście samego Bruce’a Wayne’a. Nie mamy tutaj miliardera wychowanego w rezydencji i posiadającego praktycznie nieograniczone możliwości finansowe. To Bruce znacznie bardziej self-made, opierający swoją działalność na inteligencji, pracy własnych rąk, inżynierii i improwizacji. Snyder i Nick Dragotta odbierają bohaterowi jeden z fundamentów, na których przez dekady budowano jego przewagę – pieniądze – a potem pytają: co zostaje? Okazuje się, że bardzo dużo.
Bruce nadal jest obsesyjnie przygotowany, nadal potrafi analizować przeciwników i nadal zamienia własne ciało oraz otoczenie w broń. Tyle że zamiast technologicznego arsenału rodem z korporacyjnego laboratorium dostajemy rozwiązania wyglądające momentami jak stworzone przez ekstremalnie zdolnego mechanika, który dostał dostęp do warsztatu i zdecydowanie za dużo powodów, żeby być wściekłym. Nadaje to Batmanowi niemal robotniczy charakter. Jest cięższy, większy i bardziej fizyczny. Nie stoi ponad Gotham – jest jego częścią. I bardzo dobrze współgra to z jednym z głównych motywów całego Absolute Universe: bohater funkcjonuje w świecie zbudowanym przeciwko niemu, a nie przygotowanym po to, żeby umożliwić mu zwycięstwo.

Znane twarze, inne relacje
Jedną z największych zalet albumu jest jednak nie sam Batman, lecz sposób, w jaki Snyder przebudowuje jego otoczenie. Postacie, które w klasycznym uniwersum znamy przede wszystkim jako przyszłych przeciwników Bruce’a, tutaj są częścią jego dzieciństwa. Łączą ich wspólne doświadczenia, nocne rozmowy, młodzieńcze wypady i trauma związana ze śmiercią ojca Bruce’a. Dzięki temu późniejsze relacje nabierają znacznie bardziej osobistego charakteru.
Galeria przeciwników Batmana od zawsze była jednym z jego największych atutów, ale Snyder sprawia, że granica między „przyjacielem” a „przyszłym złoczyńcą” staje się znacznie mniej oczywista. Bruce wykorzystuje część swoich dawnych znajomych jako źródła informacji, czasami być może nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak instrumentalnie zaczyna ich traktować. Kiedy oni zaczynają to zauważać, pojawia się emocjonalne napięcie znacznie ciekawsze niż kolejne klasyczne: „Batman kontra złoczyńca”.
Podobnie wygląda Alfred. Nie jest tutaj starszym, spokojnym lokajem pełniącym funkcję zastępczego ojca. To młodszy, bardziej bezpośredni człowiek z własną misją, własnymi traumami i własnym sposobem patrzenia na Bruce’a. Początkowa nieufność stopniowo zmienia się jednak w coś przypominającego szacunek, a nawet rodzaj ukrytej troski. To jeszcze nie jest Alfred, którego znamy. Ale właśnie obserwowanie, jak pewne elementy tej relacji zaczynają się rodzić, daje sporo satysfakcji.
Nietoperz, Miller i Batman rozpędzony do granic
Ciekawie zmienia się tutaj nawet znaczenie samego nietoperza. Fascynacja Bruce’a tymi zwierzętami pojawia się jeszcze przed śmiercią ojca – najpierw są dla niego stworzeniami zdolnymi dokonywać rzeczy pozornie niemożliwych, a dopiero później dziecięca fascynacja łączy się z traumą i przekształca w symbol Batmana. To drobna, ale bardzo udana zmiana, pokazująca, że Snyder nie tylko odwraca znane elementy mitologii, lecz próbuje nadać im nowe uzasadnienie.
Nad całym komiksem wyraźnie unosi się przy tym duch Franka Millera i The Dark Knight Returns. Batman jest ogromny, brutalny i momentami przypomina wręcz siłę natury występującą przeciwko systemowi oraz elitom. Snyder nie kopiuje jednak Millera, lecz wykorzystuje jego dziedzictwo do stworzenia własnej, współczesnej wersji bohatera.
Ogromna w tym zasługa Nicka Dragotty. Jego monumentalny Batman potrafi ocierać się o groteskę, ale właśnie taki powinien być w tym świecie. W scenach akcji mocno czuć inspiracje mangą i anime: gwałtowne zmiany perspektywy, rozmycie ruchu i kadry wyglądające jak zatrzymane fragmenty animacji sprawiają, że Batman nie tyle wchodzi do pomieszczenia, co dosłownie się w nie wbija. Frank Martin dodatkowo wzmacnia ten efekt kolorami, które przede wszystkim budują nastrój i prowadzą wzrok czytelnika.
Do tego dochodzi naprawdę srogi gore. Absolute Batman nie ogranicza się do standardowej superbohaterskiej brutalności – obrażenia bywają przedstawiane bardzo dosłownie, a niektóre sceny zahaczają wręcz o body horror. To komiks zdecydowanie dla starszego odbiorcy, choć przemoc nie służy tutaj wyłącznie szokowaniu. Pasuje do bezwzględnego świata Absolute i do charakterystycznego dla Snydera zamiłowania do horroru oraz niepokojącej strony Gotham.
Nie każdemu spodoba się przesadna fizyczność Batmana czy momentami niemal groteskowy poziom przemocy, ale właśnie ta bezczelność sprawia, że seria działa. Snyder i Dragotta nie zmieniają jedynie kostiumu Bruce’a – przebudowują jego pochodzenie, relacje, symbolikę i sposób funkcjonowania, pozostawiając jednocześnie obsesję, determinację, strach i mrok, które definiują Batmana.
Właśnie przez to Absolute Batman zrobił na mnie tak duże wrażenie. Po wielu latach czytania kolejnych wersji Mrocznego Rycerza na chwilę ponownie poczułem ekscytację podobną do tej, gdy kilkanaście lat temu zaczynałem odkrywać DC Comics. Ten album nie tylko zaspokaja moją potrzebę czytania Batmana – sprawia również, że naprawdę chcę zobaczyć, co będzie dalej.
