Use the Force!
Drugi epizod komiksu Roche’a i Hopmana zaczyna się zupełnie inaczej niż pierwszy… No, może oprócz dramatycznej jazdy samochodem na samym początku. Jest rok 1977, Lucas odniósł oszałamiający sukces, wreszcie ma pieniądze, właściwie został bogaczem i najgorętszym nazwiskiem Hollywood. Ktoś mógłby zasugerować, że czas odpocząć chociaż chwilę, a przynajmniej taką kontynuację swojego american dream widzi jego żona. On sam ma jednak zupełnie inne plany – chce stworzyć własne imperium, oczywiście filmowe.
Coś się jednak musi zmienić, w końcu powtórka zawału serca, którym twórca przypłacił przepracowanie i nadmierny stres na planie Nowej nadziei, oznaczałaby definitywny koniec jego monomitycznych marzeń. Postanawia znaleźć sobie zastępców – czyli oddelegować pracę nad scenariuszem i reżyserią na inne osoby. W jakim stopniu się to udało, przekonacie się w komiksie, chociaż napisy końcowe Imperium kontratakuje powiedzą wam jednoznacznie, że ekipa się powiększyła.
Wielką siłą Wojen Lucasa jest to, że trzymają czytelnika w napięciu, mimo że opisują dobrze nam znane historie. Roche skupia się na perspektywie pojedynczych ludzi w danym momencie – kiedy oni sami jeszcze nie wiedzieli, czy im się uda, czy wyjdą cało z finansowych lub twórczych opałów. Dzięki temu możemy sobie uświadomić, że film, gotowe dzieło, to tylko szczyt góry lodowej, wisienka na cierpkim, twardym torcie codziennego mozołu i ogromnych kosztów emocjonalnych. Przy tym komiks nie podgrzewa emocji dla łatwej sensacji, to nie prasa plotkarska, tylko biografia wysiłku artystycznego będącego jednocześnie ogromnym przedsięwzięciem biznesowym.

Do. Or do not. There is no try
Myślę, że po przeczytaniu pierwszego epizodu cyklu Roche’a i Hopmana wiecie, że ta sentencja mistrza Yody wyraża też filozofię pracy Lucasa. Może dodałby do niej „adoptuj, adaptuj i ulepszaj”. I to zupełnie nie na żarty!
Roche i Hopman ulepszać na razie nie musieli, oprócz pewnej zmiany tonu narracja obu tomów jest spójna. Wiele rzeczy dzieje się tu równolegle, jak to podczas pracy nad superprodukcją, ale konsekwentne i oszczędne użycie koloru sprawia, że nigdy nie będziecie się musieli zastanawiać, gdzie właściwie w danym momencie jesteśmy. Błękitne Hoth grane przez Norwegię czy szare amerykańskie studio filmowe? A może zielone ranczo Skywalkerów? Zresztą, zieleń powiązana z pewnym wielkouchym obcym jest tu najbardziej optymistycznym kolorem, a czytelnik, widząc ją, może na chwilę przestać martwić się o bohaterów.
Wojny Lucasa to pod pewnymi względami kolejna opowieść ucieleśniająca monomit, o którym tyle pisałam w poprzedniej recenzji. Tym razem to baśń dla dorosłych mówiąca o tym, że sukces to zwieńczenie ogromnej pracy, która czasem wydaje się zaangażowanym w nią osobom kompletnie pozbawiona sensu i prowadząca donikąd. Czy, podziwiając sztukę, możemy zapominać o tym jej aspekcie? W końcu gotowe dzieło często ma nam zapewnić ucieczkę od rzeczywistości, powiew radości i lekkości. Wiemy jednak, że po zakończeniu akcji są jeszcze napisy końcowe, będące czasami jedyną pamiątką poniesionych wysiłków. Ten komiks może was skłonić do tego, żeby następnym razem posiedzieć w sali kinowej naprawdę do końca.
