Snake, przeczytałeś instrukcję?
Nie będę ukrywał, że mimo znajomości legendy serii Metal Gear Solid, samego tytułu nigdy nie dane mi było ukończyć. Wiąże się to z faktem, że skradanki nigdy do mnie nie przemawiały same w sobie. Wolę, gdy ciche podejście jest opcjonalne, a nie wymuszone (moje szczęście sprawia, że przeciwnik zawsze odwraca się w moją stronę, akurat jak się zbliżam). Dlatego moje porównania ograniczą się głównie do początkowych etapów pierwszego MGS oraz opinii fanów na temat serii.
Fabularnie planszowy MGS to esencja pierwszej części przygód Snake’a. Dialogi między bohaterami są żywcem wyjęte z konsolowego pierwowzoru, a lokacje rozkładane na stole budzą natychmiastowe skojarzenia z obrazem ze starych telewizorów CRT, do których podpięte było pierwsze PlayStation. Tak jak i sami bossowie występujący w grze, także są bezpośrednio przeniesieni. Oczywiście, cała historia tytułu nie została przepisana 1:1, ale przekonwertowana na tyle, by zaczerpnąć tej fabuły, jednak nie dowiemy się wszystkiego, grając w samą wersję planszową. Dzięki temu starzy wyjadacze cofną się do momentu ogrywania MGS, a osoby niezapoznane z serią dostaną pośrednie zaproszenie do zagrania w oryginalny tytuł.
Genialnym i iście MGS’owym doznaniem jest również przeniesienie instrukcji do dialogów postaci. Ten kosmetyczny zabieg nie tylko poprawia sposób zapoznawania się z zasadami, ale także widocznie nawiązuje do dialogów z oryginału, gdzie postacie mówiły wprost, że musimy nacisnąć konkretne przyciski, by wykonać jakąś czynność. Dzięki temu autorzy zdecydowali się na omówienie zasad w postaci dwóch pierwszych misji samouczkowych, podkreślając w instrukcji, by zajrzeć do niej dopiero po rozegraniu wspomnianych zadań.

Znajdziesz w środku sprzęt dla prawdziwego zawodowca
Z racji ciekawego podejścia do instrukcji, wspomnę od razu o całym wykonaniu gry, które jest boskie. Kafelki plansz estetyką wyjęte z gry, szczegółowe i bardzo czytelne. Jedynie mogę tutaj przyczepić się do faktu, że czerwone linie oddzielające pomieszczenia, mogą być słabo widoczne dla osób bardziej oddalonych od stołu. Instrukcja, zestaw misji fabularnych, zadań VR oraz Codex są również mistrzowsko wykonane, każdy element wyraźnie przedstawiony, dobrze podkreślony i pomimo ogromnej ilości tekstu, nie doszukałem się żadnych błędów. Figurki są świetne, zawierają mnóstwo detali, są wytrzymałe, a dorzucenie osobnych dla postaci ukrytych w kartonach, to mała, ale niezwykle ciesząca rzecz. Klimatyczna kolorystyka kart cieszy oko, ale pozostaje na tyle stonowana, że bez problemu można szybko wyłapać kluczowe informacje. Dawno nie byłem tak zachwycony z samego wyjmowania komponentów z pudełka, tutaj widać kawał SOLIDnej roboty.
Jak w to się jednak gra? Z jednej strony napiszę coś oczywistego, co wynika z samej tematyki, ale z drugiej nie jest aż tak pewne z perspektywy moich doświadczeń przy grach planszowych — to naprawdę jest skradanka. Gra w większości jest nastawiona na przemyślane skradanie, podyktowane odrobiną ryzyka z racji ciągłej walki z czasem. W trakcie rozgrywki będziemy wykonywać ciche, ale powolne akcje, które nie zwrócą uwagi strażników. Jednak z racji mechaniki dociągania kart zbliżających nas do końca gry musimy czasami przyśpieszyć nasze ruchy, wykonując hałaśliwe czynności. Wtedy musimy rzucać kośćmi w nadziei, że nie pojawi się wynik oznaczający usłyszenie przez najbliższego strażnika dźwięków. Jednak gra oferuje wiele rozwiązań w przypadku nawet potencjalnego wykrycia czy wygenerowania hałasu. Dzięki temu pewne błędy możemy naprawić, ale podkreślę, że gra należy do dosyć trudnych. Samą misję samouczkową zdarzyło mi się powtórzyć, bo zostałem przyłapany przez nieuwagę.
Na szczęście poziomy są tak szybkie do przygotowania, że chcemy spróbować jeszcze raz, wybierając inną taktykę, wybrać alternatywne przejście czy liczyć na łut szczęścia, że tym razem nasz idealny plan nie zostanie zniszczony przez pechowe kości. Ważne do podkreślenia jest to, że w tym wszystkim jest sporo losowości. Usłyszenie hałasu czy walka jest rozwiązana bezpośrednio poprzez rzuty kościami, ale na tym leży właśnie cena ryzyka. Przecież ten wykrzyknik oznaczający zwrócenie uwagi pojawia się tylko na jednej ściance… jaka jest szansa, że na tej pojedynczej kości akurat wypadnie? Jednak w trakcie gry sami zauważycie, że gra rzadko zachęca do walki bezpośredniej.
Warto też zwrócić uwagę, że mimo aspektu skradania i walk, gra nie jest nastawiona na jedne rozwiązania, a jej losowość tylko to utrudnia. Niestety, tutaj regrywalność fabuły się kończy. Kampanie w teorii można przechodzić wielokrotnie, chociaż niestety nic do tego nie zachęca. Tylko jedna misja oferuje dwa, różniące się wobec siebie cele wykonania, przy innych musimy wykonać konkretne działanie. Dodatkowo fakt narzucenia przez misje fabularne konkretnych postaci, w zależności od ilości graczy, obniża możliwości regrywalności kampanii. Misje VR mają lepszy potencjał pod tym względem, bo tam większość misji nie ma przymusu grania określonymi postaciami i można wprowadzić modyfikacje w postaci dorzucenia do zadań dowolnego bossa.

To musiał być wiatr…
Dlaczego też tak dziwi mnie fakt skradankowego podejścia gry? Ponieważ zdarzyło mi się sięgnąć po tytuły w teorii nastawione na skradanie, ale tego kompletnie nie czułem. Celuje tutaj konkretnie niestety w inną grę wydaną przez Portal Games – Assassin’s Creed: Brotherhood of Venice. Również mieliśmy tam do czynienia z mechanikami skradania i uciekania, ale owe rozwiązania nie były dla mnie przekonujące. Metal Gear Solid w mojej opinii o wiele lepiej podchodzi do sprawy i jeśli ktoś chce faktycznie planszową grę skradankową, mój palec wskazujący zostanie skierowany właśnie w stronę MGS. Głównie z racji tego, że nawet najbardziej przemyślane akcje zawierają w sobie ryzyko. W AC wystarczyło dobrze przemyśleć strategię i wszystko szło jak z płatka, a rzuty rzadko kończyły się naprawdę źle, tutaj jednak sytuacja może zmienić się o 180 stopni przez pojedynczy rzut i musimy wszystko przemyśleć na nowo, zwłaszcza jeśli chcemy agresywnie podejść do zadania. Co najczęściej kończy się porażką.
Ale przecież nie samym skradaniem człowiek żyje. Oprócz etapów nastawionych na bycie duchem, mamy ponadto walki z bossami. Te rozwiązane są bardziej w stylu uderzania i uciekania, ale każdy przeciwnik ma swoje zasady, które musimy respektować w walce z nim, przez co każda taka batalia jest inna, ale równie satysfakcjonująca. Warto też podkreślić, że mechaniki walki z bossami bezpośrednio nawiązują do potyczek z oryginalnego MGS. Oczywiście, nie tylko bossowie się od siebie różnią, ale też nasze postacie. Nie tylko używamy innych żetonów, ułatwiających życie podczas gry, ale też ich umiejętności są inne. Snake potrafi z łatwością zdjąć żołnierza, który stoi do niego tyłem, a taka Meryl może założyć strój poległego strażnika. Dzięki temu każdy ma swój sposób na skradanie i wykonanie zadania.

Snake, może lepiej zrób to sam…
Największy problem z MGS mam z samym podejściem do innych graczy. Kampania fabularna w pierwszych dwóch misjach nakazuje grę solo, a od trzeciej do dziewiątej mamy zadania dla maksymalnie 2 graczy. Warto podkreślić, że misji jest 14. Sytuację ratują trochę misje VR, będące osobnymi zadaniami spoza kampanii, które możemy rozegrać od 1-4 graczy, jednak nie damy rady ukończyć całej gry ze stałą ekipą. Dlatego najłatwiejszym rozwiązaniem jest rozegranie wszystkiego solo lub z maksymalnie jednym graczem, a potem zapoznanie innych z tytułem. Pytanie jednak do każdego gracza, czy jest to satysfakcjonujące rozwiązanie?
Przeważnie w grach planszowych mam problem również z zapisywanym ekwipunkiem w trakcie gry, ale na szczęście tutaj jest to ograniczone do odblokowania kilkudziesięciu gadżetów, które umieszczamy w pudełku nazwanym „Kartą pamięci”, przypominającą sprzęt do zapisywania z PS1 czy PS2… naprawdę tytuł jest gigantycznie nostalgiczny.
Początkowo też pewne zasady dotyczące pola widzenia mnie zbiły z tropu, ale dostępna jest errata oraz FAQ dotycząca tego aspektu na internecie. Co ciekawe, ona też jest w stylu dialogów bohaterów, co także jest na plus.
Podsumowując całość planszowego Metal Gear Solid, jest to niesamowicie dopieszczony tytuł. Wziął sobie za zadanie odwzorowanie pierwszej części tej kultowej serii i to jak najbardziej się udaje. Mechaniki skradania i walki z bossami są świetne, ale też wymagające. Wykonanie to istna perełka, która budzi w nas nostalgiczne wspomnienia z czasów pierwszego MGS oraz PlayStation. I szczerze pisząc, gra zachęciła mnie do spróbowania tej serii ponownie, może dzięki wersji planszowej sam poznam historię skrywającą się za wizją Hideo Kojimy. Dla fanów gry? Obowiązkowe. Dla innych? Świetna gra planszowa mająca swój pomysł z genialnym wykonaniem.

Grę dostaliśmy od wydawnictwa Portal Games, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.