Panie Shepard, bierz pan kolegów i w drogę!
Planszowy Mass Effect podchodzi do tematu fabuły dość poważnie, podobnie jak jego growy odpowiednik. Czas akcji ulokowany jest w trakcie trwania wydarzeń trzeciej części gry. Ziema już upadła, Żniwiarze wesoło panoszą się po świecie, a Cerberus nie ułatwia zadania opanowania tego chaosu, próbując wykorzystać obecną sytuację na swoją korzyść. W drużynę Sheparda wcielamy się w momencie próby zdobycia danych i uratowania zakładników ze zniszczonego statku Cerberusa.
Cała kampania podzielona jest na 5 zadań. 3 misje główne oraz 2 dotyczące towarzyszy. Rozpoczynając przygodę wybieramy jedną z trzech początkowych plansz, a nasz wybór przekłada się na dostępność kolejnych. Łącznie mamy możliwość rozegrania 14 różnych map, ale nie poznamy ich wszystkich nawet w ciągu dwóch osobnych i pełnych podejść do gry. Sprawia to, że do tytułu ma się ochotę ciągle wracać i poznawać nowe wyzwania, stawiane nam w zależności od naszych decyzji.
Nie tylko wybór ma znaczenie, ale również sposób wykonania zadania. Każdą misję (nie licząc tych dla towarzyszy) możemy zrealizować dwiema odmiennymi drogami: Idealisty oraz Renegata. Fani growej serii dobrze pamiętają ten system rozwiązywania problemów komandora Sheparda, metodami pokojowymi bądź agresywnymi. Sprawa ma się tutaj podobnie. W zależności od wybranego stylu otrzymamy inne nagrody (żeton Renegata lub kość Idealisty), inne zwieńczenie fabularne wykonanego zadania, oraz pewne modyfikatory rozgrywki na kolejnej planszy. Dzięki temu rozwiązaniu czujemy, że nasze decyzje są istotne. Nie tylko jest to świetne rozwiązanie samo w sobie, lecz także stoi w zgodzie z komputerowymi wersjami ME. Podobna kwestia dotyczy wypowiedzi postaci przed, w trakcie oraz po misji. Można poczuć, że znowu spotykamy się z członkami dobrze nam znanej ekipy. Na ustach pojawiał mi się ogromny uśmiech, zwłaszcza gdy czytałem treści wypowiadane przez Wrexa.
Podkreślić jednak muszę, (bo w mojej opinii nie jest to oczywiste), że całość gry skierowano do osób znających uniwersum. Ktoś, kto wcześniej nie miał styczności z serią, może mieć problem z wyłapaniem nawiązań do oryginału, a niektóre wydarzenia fabularne mogą zaspoilerować pewne wątki z gier.

Jest za przeszkodą? Podejdź i strzel mu prosto w twarz!
Po wybraniu zadania, do boju wspólnie wyrusza Shepard oraz 3 wybranych przez graczy towarzyszy. Do wyboru zostali nam oddani Garrus, Wrex, Tali oraz Liara. W każdej misji, niezależnie od ilości graczy, muszą być 4 postacie. By zakończyć przedsięwzięcie sukcesem, należy wykonać cel wstępny, a potem zakończyć całość sposobem Idealisty lub Renegata. Cała akcja ma miejsce na mapach złożonych z hexagonów, na których pojawią się wrogowie, przeszkody, wieżyczki, zamknięte oraz otwarte drzwi oraz skarby.
Rozgrywka jest mocno taktyczna, trzeba brać pod uwagę nasze położenie, możliwości oraz potencjalne utrudnienia czy antagonistów. Każda z postaci ma własny zestaw umiejętności, które definiują styl jej gry. Shepard może wybrać zdolności ofensywne i pomagać w niszczeniu przeciwników lub pójść w zdolności wspomagające oraz leczyć swoich kompanów, samemu zabezpieczając im tyły. W przypadku towarzyszy, taki Wrex oraz Garrus to zupełne przeciwności. Gdy ten pierwszy podchodzi z uśmiechem i strzela ze strzelby patrząc przeciwnikowi prosto w twarz, drugi jest typowym snajperem i woli zdejmować swoich wrogów z odpowiedniej odległości. Nie licząc stylu walki, postacie mają również umiejętności pasywne, defensywne i ofensywne, które przydają się w różnych sytuacjach. Różnorodność towarzyszy daje graczom wybór odpowiedniego dla siebie podejścia do rozgrywki, a osoba grająca Shepardem ma wyraźne ścieżki rozwoju i może wybrać między działaniem a wspieraniem.
Jednak nie każda umiejętność jest dostępna od samego początku rozgrywki. W trakcie likwidowania przeciwników i podejmowania różnych działań, członkowie drużyny zyskują punkty doświadczenia, które mogą rozdysponować między zdolnościami. Niektóre wymagają posiadania najpierw innych mocy, by mogły zostać odblokowane. To wszystko sprawia, że czujemy rozwój postaci oraz idące za nią wzmacnianie zarówno towarzyszy, jak i samego Sheparda, a stawanie się silniejszym zawsze sprawia przyjemność.
Taktyczność rozgrywki opiera się nie tylko na porozsiewanych po mapie ważnych punktach i przeszkodach, za którymi można się schować, ale również na mechanice rzutów kośćmi. Ruch, atak czy użycie umiejętności jest możliwe dzięki wynikom na kostkach. Postać rozpoczynająca (w przypadku pierwszej rundy jest to zawsze Shepard) rzuca aż 12 kośćmi i wybiera 3 z nich, by wykonać konkretne akcje. Użyte kości zostają na planszy gracza, a pozostałe przechodzą do kolejnej postaci. Oznacza to, że każda następna postać ma coraz bardziej ograniczoną możliwość rzutów, a co za tym idzie – wyników, których akurat potrzebuje. Zdarzyć się nawet może, że postać nie będzie w stanie zrobić nic, prócz przemieszczania się po mapie. Na szczęście, by zminimalizować tę losowość, każdy z graczy może „wziąć” jeden wynik rzutu poprzedniego gracza dla siebie, po czym rzucić pozostałymi kośćmi. Można dzięki temu zaplanować swoje posunięcia lub zdecydować się na małe ryzyko.
Czy wraz z taktyczną otoczką idzie skomplikowanie zasad? Otóż nie! Zasady rozgrywki w planszowym Mass Effect są naprawdę proste i każdy się w nich szybko odnajdzie. Głównym clue jest tak naprawdę odpowiednie zarządzanie swoją postacią, znajomość możliwości przeciwnika oraz swojego bohatera, ale co najważniejsze, nie doprowadzenie do powalenia komandora Sheparda. Jeśli straci on wszystkie punkty życia, misja kończy się niepowodzeniem. Każda inna postać może zostać podniesiona i kontynuować walkę. Powoduje to pewien wymóg ostrożności dla gracza kierującego głównym bohaterem, ale hej! To przecież dowódca więc sam decyduje się na działania (mniej lub bardziej przemyślane).

Shepard, wyglądasz okropnie
Wykonanie samej gry niestety budzi wiele zastrzeżeń i obniża morale załogantów tej podróży. Zaczynając jednak od plusów – plansza jest czytelna i osobiście lubię rozwiązanie wykorzystujące księgę z przygotowanymi misjami. Dzięki temu grę można szybciej przygotować do rozgrywki, a sama w sobie nie traci uroku (to rozwiązanie było wykorzystane również w Thorgalu i świetnie się przy nim sprawdziło). Do tego grafiki są bardzo ładne, jak przystało na Mass Effecta. Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz, ale nie wliczam tego jako plus czy minus. Otóż produkcja znalazła się w centrum afery w trakcie premiery w innych krajach, ponieważ na kartach postaci zawarto zaimki postaci (gdzie Liara dostała She/They). W polskim wydaniu owe zaimki zniknęły, podejrzewam z powodu chęci uniknięcia kaleczenia naszego rodzimego języka.
Niestety reszta wykonania mocno rzuca się w oczy. Wracając do tematu mapy, jej rozmiar budzi pewne wątpliwości. W trakcie gry ma się wrażenie, że bohaterowie i wrogowie zostali wrzuceni do ciasnych klatek, ograniczających poruszanie w taki sposób, że nawzajem depczą sobie po butach. Odwrotna sprawa jest przy kościach, bo te są o wiele za duże. Naprawdę pierwszy raz nie odczuwałem żadnej satysfakcji z rzucania kostkami, a jestem osobą, która lubi sobie w wolnej chwili, robiąc coś na komputerze, porzucać losową k20. Ważne również, że posiadam dość duże dłonie, a i tak miałem problemy zmieścić nawet 6 kości w jednej ręce. A przecież tutaj rzucamy w pewnym momentach 12 sztukami (może się zdarzyć, że 14, jak się wykona odpowiednio zadania). Osoby, z którymi sprawdzałem tytuł miały mniejsze dłonie, to musiały rzucać po 3 razy, dzieląc kości.
Jednak co mnie również ogromnie uderzyło, to liczne literówki i błędy zawarte w instrukcji. Pierwszy raz zobaczyłem również, by w zasadach do gry planszowej ktoś zapomniał o spacjach między słowami. Dziwię się też zawartemu w grze mazakowi, który służy do zaznaczania postępów w kampanii oraz nabytych umiejętności postaci. Autorzy informują nas, że gdy chce się zmazać postępy, należy najpierw użyć lekko wilgotnej ściereczki, a potem suchej. Nie powiem, po grze Podwójni Agenci (również od Portal Games) nawet się do mazaka przekonałem, ale we wspomnianej produkcji do zestawu była dodawana gąbka do zmazywania. Tutaj jednak z tego zrezygnowano, a wciąż jednak uważam, że zaznaczanie postępów za pomocą żetonów czy innych znaczników, jest o wiele lepsze. Na szczęście autorzy udostępniają narzędzie do śledzenia postępów online. Na koniec zostawiłem figurki, bo ich wykonanie można ocenić jako maksymalnie średnie. Męski Shepard wygląda jakby przy wyborze fryzury inspirował się samym Saitamą (One Punch Man), jego ostrze przypomina ogromną deskę do krojenia, a Liara trzyma w dłoni włóczkę dla kota. Za to Garrus przyszedł z lekko wygiętą lufą karabinu snajperskiego. Natomiast figurki Wrexa, Tali czy żeńskiej wersji Sheparda, wyglądają w porządku, ale bez żadnych rewelacji.
Minusy również można zauważyć w samej rozgrywce. Tryb solo jest ciężki do śledzenia i dość męczący z racji wcielania się w 4 postacie naraz. Dodatkowo sam poziom trudności nie należy do najcięższych, a nie ma większych możliwości modyfikowania go. Pierwsze misje są proste, bo mają słabych przeciwników, a gdy pojawiają się ich silniejsze odpowiedniki, postacie mają już na tyle umiejętności, że radzą sobie z nimi bezproblemowo. Również czasami gracz sterujący Shepardem może się trochę nudzić z racji ograniczenia ryzyka powalenia go przez wroga.
Planszowy Mass Effect nie zachwyca wykonaniem, ale inne elementy po prostu błyszczą. Fabularnie, mechanicznie oraz taktycznie jest to świetny tytuł kooperacyjny, z ogromnymi możliwościami powracania do niego. Dla fanów serii jest to pozycja obowiązkowa. Niech Shepard wraz ze swoją ekipą powróci ponownie i skopie Żniwiarzy oraz Cerberus!
