Memphis, Tennessee – punkt snu
Rok 1960, Memphis w Tennessee. Louis Rockwell, pracownik w lokalnej gazecie, spotyka byłą narzeczoną… która twierdzi, że go nie zna, więc skąd to wszystko, co między nimi się działo? Całość sprowadza się jednak do pewnej rezydencji, gdzie mieszkańcy trwają jak rośliny; największa w stanie fabryka aut okazuje się opuszczona; brakuje do tego papierów, które dałyby jakiś rys na całą historię; a najdziwniejsze pytanie brzmi: dlaczego nikt stąd nigdy nie wyjechał? To brzmi jak „małe miasteczko kontra wielka tajemnica” — i właśnie na tym Rodolphe buduje napięcie.
Zamiast czarnych cadillaców czy low riderów oraz ludzi w garniturach lub zoot suitach za każdym rogiem dostajemy laid-back podejście: normalność z drobnymi anomaliami niczym w ostatnim filmie z Harry’m Stylesem oraz Florence Pugh, które mnożą się z każdą stroną. To bardziej klimat Strefy mroku niż blockbuster — elementy fantastyczne są dawkowane oszczędnie, a kulminacja dokręca śrubę cliffhangerem. Truman Show spotyka Dark City? Brzmi jak slogan, ale tu naprawdę działa, choć miejscami mamy dłużyzny.

Bohaterowie pełni kontrastów, ale z zaliczką na więcej
Choć historia startuje z perspektywy Louisa, to właśnie Roosevelt — lokalny „łowca dziwów” — i Kate, zuchwała stażystka o buntowniczym temperamencie, kradną sceny i są pełni charyzmy, na tyle, na ile mogą być pełne postacie komiksowe na rysunkach. Ta dwójka ma wyraźniejsze kontury i całkowitą chemię. Słabszy punkt? Louis, będąc głównym bohaterem, niestety jest chyba źle dobrany, bo nie ma swoistego charakteru i brak w nim widocznej motywacji. Zwłaszcza wątki miłosne są mocno spłycone. Kate jest jednocześnie odświeżająca i… przedstawiana z męskim okiem kamery — zbędna seksualizacja.
Same rysunki są wyborne. Marchal świetnie sprzedaje tło: huty, linie montażowe, szerokie kadry ulic — czuć ciężar epoki. Ba, nawet smród i brud lat 60. przemysłowego USA. Atmosfera jest „gruboziarnista”, a pejzaże i architektura często wynoszą strony ponad przeciętność. Słabsza strona to niekiedy „drewniane” pozy niczym w kadrach z lat 90 i ograniczona ekspresja twarzy postaci.
Tom kończy się pewnym cliffhangerem i warto dodać, że polskie wydanie jest jednak dłuższe, więc stanowi połączenie kilku dzieł tej serii. Jak wspomniałem wcześniej, kończy się mocnym uderzeniem i obietnicą, że tajemnica ma większą skalę niż sugerowały pierwsze tropy. Memphis ma szansę stać się jedną z ciekawszych frankofońskich hybryd noir/SF ostatnich lat.
