Komu można zaufać?
Powstanie Krakoi mocno namieszało w życiu mutantów. Wolverine sam zauważa, że niektórzy spośród jego dawnych wrogów stali się sojusznikami, ale jednocześnie osoby, którym dotychczas ufał, niekoniecznie muszą nadal zasługiwać na to zaufanie. I właśnie wokół tego drugiego przypadku Benjamin Percy buduje fabułę drugiego tomu Wolverine’a z cyklu Przeznaczenie X.
Na początku historii Logan ponownie łączy siły z Jeffem Bannisterem, którego mieliśmy już okazję poznać we wcześniejszych przygodach bohatera. Bardzo cieszy mnie jego powrót. Bannister ma w sobie coś z bohaterów seriali kryminalnych z lat 80. i 90. To trochę Magnum, trochę Jake Styles, a z wyglądu nawet odrobinę Big Lebowski. Przede wszystkim jednak świetnie działa jego relacja z Wolverinem. Od pierwszych stron czuć, że obaj sporo razem przeszli, ufają sobie i po prostu się lubią. Ich rozmowy wypadają naturalnie, a chemia pomiędzy nimi jest jednym z większych atutów albumu.
Nie wszystko przebiega jednak zgodnie z planem. Wolverine zostaje zdradzony, a ktoś, kogo zdecydowanie nie powinien uważać za przeciwnika, postanawia wykorzystać jego umiejętności do własnych celów. Nie będę zdradzał, o kogo chodzi, bo odkrycie to stanowi jeden z ciekawszych elementów historii. Tym bardziej że szybko pojawia się kolejne pytanie – dlaczego dobrze znany czytelnikom bohater nagle zachowuje się w sposób tak bardzo odbiegający od tego, do czego nas przyzwyczaił?

Bestia zamknięta w klatce
Benjamin Percy sprawnie buduje wokół tej zagadki kolejne tajemnice i właśnie dzięki nim drugi tom Wolverine’a czyta się naprawdę dobrze. Scenarzysta nie wykłada od razu wszystkich kart na stół. Podsuwa tropy, pozwala snuć własne teorie, a gdy wydaje się, że rozwiązanie zaczyna być oczywiste, pojawiają się następne wątpliwości.
Istotną rolę odgrywa tutaj Jama, czyli miejsce, do którego trafiali mutanci łamiący prawa Krakoi. Okazuje się, że Victor Creed, znany także jako Sabretooth, pozostawił w niej po sobie znacznie więcej niż tylko wspomnienie. Skażenie tego miejsca zostaje określone mianem swoistego „wirusa Sabretootha”, co może stanowić odpowiedź na część pojawiających się pytań. Może, bo Percy na szczęście nie spieszy się z rozwiązaniem zagadki.
Jama staje się również miejscem kolejnej konfrontacji Wolverine’a z własną przeszłością. Nie jest to oczywiście szczególnie nowy pomysł. Logan mierzył się ze swoimi traumami już niezliczoną liczbę razy. Powracają znajome twarze, takie jak Omega Red czy Lady Deathstrike, a także bolesne wydarzenia z życia bohatera. Mimo powtarzalności tego motywu tutaj wypada on jednak dobrze. Logan nie jest pewien, co dzieje się naprawdę, a co istnieje jedynie w jego głowie, i stopniowo próbuje odzyskać kontrolę nad samym sobą.
Warto też zaznaczyć, że Percy i Ryp zdecydowanie nie oszczędzają czytelnika. Jest krwawo, brutalnie i momentami naprawdę dosadnie. Odcinane głowy i kończyny czy wnętrzności nie należą tutaj do rzadkości. Nie jest to jednak przemoc dodana wyłącznie dla efektu. Pasuje do historii Rosomaka oraz sytuacji, w której znalazł się bohater, a kilka bardziej brutalnych sekwencji bardzo dobrze podkreśla jego sprowadzenie do roli żywej broni.
Tom kończy się mocnym cliffhangerem i tym razem zupełnie mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Zdecydowanie wolę, żeby Percy poświęcił kolejną część na dalsze rozwinięcie intrygującego wątku, zamiast naprędce udzielić wszystkich odpowiedzi na ostatnich kilku stronach. Zwłaszcza że zapowiedź trzeciego tomu sugeruje, iż prawdziwa konfrontacja dopiero przed nami.

Nie patrz mi w twarz
Znacznie większy problem mam z oprawą graficzną. Za rysunki odpowiada Juan José Ryp i nie mogę powiedzieć, że jego prace jako całość mi się nie podobają. Wręcz przeciwnie. Szczegółowe tła wypadają dobrze, podobnie jak sylwetki bohaterów, sceny akcji, eksplozje czy wszelkiego rodzaju potworności. Świetnie prezentuje się chociażby wynaturzona, skażona część Krakoi, przybierająca momentami cechy Sabretootha. Brutalność historii również bardzo dobrze współgra ze szczegółową kreską Rypa. Swoje robi także kolorysta Frank D’Armata, którego barwy dobrze pasują do klimatu opowieści.
Problem zaczyna się wtedy, gdy Ryp rysuje twarze. Te zupełnie nie trafiają w mój gust. Zwłaszcza na większych zbliżeniach bywają dziwnie zdeformowane, a mimika niektórych postaci zamiast pomagać scenie, skutecznie odciągała od niej moją uwagę. Momentami miałem wręcz wrażenie, jakbym patrzył na twarze ulepione z rozgrzanej plasteliny. Co znamienne, Wolverine czy Deadpool prezentują się znacznie lepiej, kiedy noszą maski. Podobnie jest z bardziej oddalonymi kadrami oraz scenami walk. Im mniej wyeksponowanych twarzy, tym bardziej odpowiadała mi warstwa graficzna.
Nie jest to więc przypadek, w którym całą oprawę chciałbym ocenić źle. Ryp potrafi stworzyć efektowną planszę i bardzo dobrze radzi sobie z akcją czy makabrą. Niestety sposób rysowania twarzy przeszkadzał mi od pierwszego do ostatniego rozdziału i ostatecznie wyraźnie obniża ocenę warstwy wizualnej.

Co było wcześniej?
Polskie wydanie Egmontu to standard znany z pozostałych albumów Przeznaczenia X: miękka okładka ze skrzydełkami i na końcu galeria alternatywnych okładek oraz zapowiedź kolejnego tomu. Nie mam większych zastrzeżeń do samego wykonania albumu.
Mam za to uwagę do zamieszczonego na początku wprowadzenia. Zamiast kolejny raz tłumaczyć, kim jest Wolverine, przypominać o jego brutalnej naturze, licznych przeciwnikach czy trudnej przeszłości, znacznie bardziej przydałoby się krótkie streszczenie wcześniejszych wydarzeń. Przeznaczenie X. Wolverine nie funkcjonuje przecież w próżni, a jego wątki sięgają również Świtu X i Rządów X. Kilka konkretnych informacji dotyczących poprzedniego tomu, Jeffa Bannistera i obecnej sytuacji bohaterów znacznie lepiej przygotowałoby czytelnika do rozpoczęcia lektury. Dodatkowo zastanawia mnie, czemu album nie dostał oznaczenia 18+. Przy tak dużej skali brutalności wydawało by się to rzeczą wręcz naturalną. A jednak tak się nie stało.

Co będzie dalej?
Drugi tom Wolverine’a z okresu Przeznaczenia X okazał się bardzo przyjemną lekturą. Benjamin Percy proponuje intrygującą zagadkę, dobrze wykorzystuje trudną przeszłość Logana, nie boi się brutalności, a przy tym świetnie wypada ponowne spotkanie Wolverine’a z Jeffem Bannisterem. Najważniejsze jednak, że historia naprawdę wciąga i skutecznie zachęca do sięgnięcia po kolejną część.
Szkoda, że równie pozytywnie nie mogę ocenić całej oprawy graficznej. Juan José Ryp dobrze radzi sobie z akcją, detalami i bardziej makabrycznymi elementami historii, ale sposób, w jaki rysuje twarze, zdecydowanie do mnie nie przemawia. Na szczęście fabuła jest na tyle dobra, że ten mankament nie zdołał popsuć mi lektury. A po takim cliffhangerze trzeci tom zdecydowanie będę chciał przeczytać.
