
Michał: Wiele powiedzieliście o Voldemorcie, ale myślę, że mogę dodać jeszcze coś od siebie. W ogóle ciekawe jest to, że Sami-Wiecie-Kto, pomimo bycia postacią w głównej mierze jednowymiarową, stanowi bardzo obszerne pole do analizy. Przekonałem się o tym, pisząc wspomniany wcześniej cykl o motywach w Harrym– podczas pisania najnowszej części zdałem sobie sprawę, że w sumie nie ma motywu, przy którym nie wspomniałbym o nemezis Harry’ego, a czasem nawet więcej, gdzie nie byłby on swoistym punktem odniesienia do moich rozważań.
Nie wdając się w szczegóły, powiem tyle, że okazuje się, iż J. K. Rowling wykorzystała postać Voldemorta jako pewnego rodzaju pryzmat, przez który pokazuje, jak kończy się pojmowanie pewnych zjawisk w niewłaściwy sposób. Dwoma najdobitniejszymi przykładami są miłość i śmierć. Znamienne jest to, że Voldemort nie potrafi zrozumieć, czym jest miłość i jaką ma ona wartość, a cała jego historia pokazuje, co może stać się z człowiekiem, w którego życiu tej miłości brak. Lęk przed śmiercią i pragnienie ucieczki od niej (które doprowadziły do stworzenia horkruksów) wynikają z kolei z nieumiejętności pogodzenia się z faktem, że jest ona czymś, co powinniśmy zaakceptować, bo jest nieuchronna i prędzej czy później nas dosięgnie – tak, jak w końcu dosięgła samego Czarnego Pana. Voldemort stanowi zatem nie tylko ucieleśnienie najgorszych ludzkich cech, lecz także lustrzane (w tym przypadku w negatywnym rozumieniu tego słowa) odbicie tych, które należy interpretować jako raczej pozytywne. Zgodzę się w dodatku z Krzyśkiem, że stanowi on bezpośrednie nawiązanie do Hitlera – wyznawanie czystości rasy jako nadrzędnej wartości (przy jednoczesnym byciu czarodziejem niekoniecznie czystej krwi), w połączeniu z brakiem miłości, kierowaniem się nienawiścią i wyrządzaniem niezliczonych krzywd innym sprawia, że Voldemort rzeczywiście staje się jego czarodziejskim odpowiednikiem.
Zestawiając go z Grindelwaldem, odniósłbym się, w odróżnieniu od Mateusza, który swoje obserwacje oparł zapewne w większej mierze na filmach z serii Fantastyczne zwierzęta (do której później przejdziemy), do książek, a w szczególności jednego zawartego w nich faktu. Bez względu na to, jaki by Grindelwald nie był, czego nie zrobił i jak wielu krzywd nie zaznał od niego świat czarodziejów, potrafił on, choćby i po wielu latach spędzonych w Nurmengardzie, okazać skruchę i pożałować swoich czynów. To coś, co zdecydowanie odróżnia go od Voldemorta, który nawet podczas ostatecznej konfrontacji z Harrym zdawał się nic sobie nie robić ze zła, jakie wyrządził w ciągu wszystkich tych lat (będąc w dodatku oburzonym wytknięciem mu tego przez głównego bohatera). Koniec końców Voldemort przekroczył granice człowieczeństwa, których Grindelwald przekraczać nie chciał i właśnie to sprawia, że ten drugi jest, mimo wszystko, lepszym człowiekiem.
Swoją drogą – mówiąc o postaciach, które balansują na krawędzi dobra i zła, nie można nie wspomnieć o najbardziej tajemniczym i niezwykłym bohaterze serii – znienawidzonym przez Harry’ego Severusie Snape’ie. Jak ocenilibyście jego motywacje i działania? Czy można jednoznacznie określić go postacią pozytywną lub negatywną? A może jest kimś pośrodku?
Eliza: Trochę pośrodku, ale jednak skłaniam się bliżej postaci negatywnej. Jego nienawiść do Harry’ego była zupełnie prawdziwa. Osoba tak przepełniona tym uczuciem nie może być do końca pozytywną postacią. Nawet jeżeli zdziała dużo dobra dla innych. Jego motywy nigdy nie były dla mnie do końca jasne. Działał z miłości, z niewiarygodną odwagą, ale jednak ciągle pod wpływem nienawiści. To jeden z najbardziej złożonych bohaterów serii i chyba nie powinno się go szufladkować.
Krzysztof: Ja szczerze powiedziawszy oceniam go bardzo negatywnie i w moim przypadku próba wybielenia jego wizerunku w zakończeniu serii zupełnie nie podziałała. Na początku poznajemy go jako nieuprzejmego i zwyczajnie przykrego w obyciu typa, który niesprawiedliwie traktuje uczniów – jednych zastrasza, innych faworyzuje. Do tego konsekwentnie źle traktuje samego Harry’ego, który zawinił mu tylko tym, że wygląda jak James. Myślimy, że będzie czarnym charakterem, ale nim nie jest… na szczęście okazuje się być jedynie bucem.
Całe jego backstory oraz relacja z Lily również nie oczyszczają go z „zarzutów” w moich oczach. Snape dobrowolnie otaczał się w szkole typami spod ciemnej gwiazdy i eksperymentował z czarną magią, a także odrzucił przyjaźń Lily, gdy ta próbowała go wyciągnąć z tego towarzystwa. W Myślodsiewni widzimy, że dziewczyna i tak później usiłowała mu pomagać, ale to on ją odtrącał. Gdy jednak ostatecznie zainteresowała się Jamesem, Severus nie mógł tego przeżyć i jeszcze bardziej znienawidził swojego rywala, obwiniając go o „odebranie mu” kobiety, którą przecież sam wcześniej odepchnął. Sądzę zatem, że nasz mistrz eliksirów wcale nie darzył Lily miłością, a raczej miał na jej punkcie toksyczną, egoistyczną obsesję. Ostatecznie stał się bardziej stalkerem niż przyjacielem czy potencjalnym partnerem.
Po szkole natomiast z własnej woli został Śmierciożercą i zrewidował swoje poglądy dopiero wtedy, gdy to jego „ukochana” stała się celem Czarnego Pana. Gdyby Voldemort postanowił jednak zamiast tego uśmiercić Neville’a i rodzinę Longbottomów, Snape pewnie nigdy by od niego nie odszedł. Czyli jego zmiana stron była dziełem przypadku oraz kolejnym przejawem egoizmu, a nie godną pochwały pozytywną przemianą wewnętrzną.

Mateusz: A ja stanę w obronie Snape’a! Gość zakochał się w jedynej dziewczynie, która patrzyła na niego inaczej. Świetnie się rozumieli, będąc, ze względu na swoje pochodzenie, nieco z boku. Wszystko było super, dopóki nie pojawił się przystojny Pan Potter, typowy, popularny w szkole sportowiec i dziewczyna, nieco w formie „magicznej blachary”, poleciała na niego. W retrospekcjach obserwujemy jego zachowanie wobec Snape’a, – niemal spuszczał mu głowę w kiblu (choć w świecie magii robi się to nieco inaczej) – a mimo to empatyczna Lily„poszła” za Potterem. Historia jakich wiele.
Następnie Severus przechodzi na „ciemną stronę mocy”, przeżywa swój bunt młodzieńczy i odnajduję się w grupie, w której ze względu na wysokie umiejętności jest wyróżniony. Niemniej okazuje się, że nie jest już takim kozakiem i „złolem”, gdy w grę wchodzi życie ukochanej. Facet udaje się po pomoc do Dumbeledore’a, a ten wykorzystuje jego uczucia i manipuluje nim. Snape czuje się odpowiedzialny za Harry’ego wobec Lily, ale nie znosi w nim obrazu Jamesa. Jest zgorzkniałym, życiowym przegrywem. Warto przy tym zauważyć, że Harry nigdy nikogo, w przeciwieństwie do ojca, nie prześladował.Dla mnie ten wątek jest akurat dość sensowny.
Tak jak wspominałem wcześniej, Rowling nieco nawiązuje tu do ewangelii Judasza, w której zdradziecki apostoł wydał Jezusa, żeby ten mógł zostać wyniesiony wyżej. Podobnie jest ze Snapem. Został znienawidzony i musiał wykonać „czarną robotę”, by Harry Potter mógł zrealizować cel wyznaczony mu przez Dumbledore’a. Niemniej, finalnie czeka go odkupienie w oczach społeczeństwa, co jest zasługą Harry’ego –w innym razie jego imię już na zawsze zostałoby przeklęte.
Krzysztof: Mateuszu, to jest akurat powszechnie przytaczana wizja rozwoju tej relacji, ale chyba niezgodna z kolejnością wydarzeń. Snape od początku miał ciągoty do czarnej magii i zadawał się z przyszłymi Śmierciożercami znacznie wcześniej, niż popsuła się jego przyjaźń z Lily. Ba, to właśnie było powodem ich „rozstania” – dziewczyna nie była w stanie zaakceptować fascynacji tego rodzaju magią oraz wpływu, jaki Ślizgoni mieli na Snape’a. Jamesa natomiast uważała za bufona i wręcz nim gardziła, aż do ostatniego roku, kiedy, według słów Lupina, dojrzał.
W Myślodsiewni zresztą widzimy punkt „pomiędzy”, w którym Lily już nie przyjaźni się z Severusem, choć wciąż się o niego troszczy, natomiast nadal nie trawi Pottera. Poza tym, ponownie powołując się na rozmowę Harry’ego z Lupinem, tamta scena była tylko jedną z wielu potyczek między Snapem i Potterem, a cały konflikt nie miał charakteru znęcania się jednego nad drugim, tylko pełnej złośliwości rywalizacji, jak między Harrym a Draco. Czyli, mimo zrozumiałej niechęci Severusa do Jamesa, która niestety przeniosła się potem na jego syna, nie bardzo można to wszystko nazwać „prześladowaniem”.
Co by nie było, doceniam porównanie do Judasza – nie przyszło mi to wcześniej do głowy, a chyba rzeczywiście coś w tym jest!
Mateusz: Opinia Lupina nie jest tu dla mnie wyznacznikiem, bo należał do tego samego towarzystwa. Oczywiście mój „licealny” wywód traktujmy humorystycznie. Staram się pokazać sytuację ze strony Severusa, traktowanego z pogardą jak Longbottom. Odnoszę wrażenie, że Rowling nie miała spójnego, kompletnego planu na całość historii, dlatego pewne wątki są dziurawe jak przechodzone szaty Weasleyów. Chciała stworzyć wspaniałą, magiczną wersję odkupienia, co ewidentnie ją przerosło, dlatego rozumiem wasz niejednoznaczny odbiór tej postaci.
Eliza: Jest wiele wątków w historii Snape’a, które tłumaczą poniekąd jego zgorzkniałość i ”wredne” zachowanie, to fakt. Od najmłodszych lat dręczony w domu, doświadczał przemocy, potem zawsze pozostawał dziwny i inny, przekonany o tym, że jest niewiele wart. Z tych kompleksów wynika później wiele jego mrocznych cech, jak na przykład zaciekła nienawiść do Harry’ego. Zainteresowanie czarną magią też możemy tłumaczyć tym, że znalazł coś podobnie nietolerowanego przez innych, jak on sam. Nagle pojawia się taka Lily, która kompletnie tego dziwactwa nie widzi, która się z nim zaprzyjaźnia – pomimo tego, że wszystko wskazuje, że nie jest wart tej przyjaźni. Ta relacja nadaje mu wartości, jakiej wcześniej sobie nie uświadamiał. Miał ją tylko przy Lily. Dlatego zgadzam się z Krzyśkiem, że to, co czuł do Lily, to nie była miłość, a może raczej wdzięczność za to, że zobaczyła w nim wartościowego człowieka. Klasyczna postawa osoby niedowartościowanej przejawia się w jego zachowaniu później – sam nie wierząc w tę swoją wartość spodziewał się pewnie, że Lily w końcu się od niego odwróci i okaże się taka, jak wszyscy. Co więcej, sam ją do tego pchnął, wiedząc, że nie toleruje ona czarnoksięstwa i mimo to wciąż się nim parając. No i masz, nie dość, że go zostawiła, szlama jedna, to jeszcze poszła z jakimś zadufanym w sobie gościem, który się nad nim znęcał. Typowe!
Tyle że postawa Lily jest o wiele bardziej złożona i gdzieś głęboko Snape o tym wiedział, bo w końcu jednak odszedł dla niej od Czarnego Pana. Nawet humorystycznie nie spłaszczałabym jej postaci do poziomu„magicznej blachary”, c’mon! Akceptowała Severusa takim, jakim był, przytomnie widząc, że czarna magia ściąga go w mroczną stronę jego charakteru. I, jak zauważył Krzysiek, wcale nie była przychylna Jamesowi, zanim ten nie przestał robić z siebie pajaca.
I tu świetne jest porównanie Snape’a do Neville’aLongbottoma: obaj wyszydzani, obaj „gorsi” wśród swoich kolegów i niedoceniani w rodzinnych domach. To, co działo się z każdym z nich później, jest dla mnie ostatecznym potwierdzeniem tego, że Snape nie był pozytywną postacią. Otóż Neville, gdy wyciągnięto do niego rękę, zaakceptował siebie, swoje braki, skupił się na swoich mocnych stronach i nie mścił się na wszystkich dookoła za własne krzywdy. Snape, mimo że spotkał w swoim życiu życzliwych, chętnych mu pomóc ludzi (Lily, Dumbledore), i tak zwrócił się w kierunku ciemności. Teoretycznie ostatecznie przeszedł na „jasną stronę mocy”, ale były to raczej próby odkupienie swoich dawnych grzechów, nie wynik dobroci serca.

Michał: Powiem tak – dla mnie Snape to największy mindfuck całego uniwersum Harry’ego. Jego niejednoznaczne motywacje, utrzymywanie czytelnika w niepewności co do strony, jaka naprawdę obrał i wreszcie zaskakujący finał jego wątku w postaci wspomnień w Myślodsiewni czynią z niego niesamowicie złożoną postać, którą trudno darzyć wyłącznie sympatią bądź nienawiścią. Nie zgodzę się jednak z Mateuszem i Krzyśkiem, że w jego historii pełno jest dziur. Wręcz przeciwnie – myślę, że jego postać jest właśnie tyleż niejednoznaczna, co bardzo dobrze przemyślana. Bo przecież koniec końców chodzi o miłość, a kiedy w grę wchodzi takie uczucie, człowiekiem zawsze targają skrajne emocje. Można by co prawda pomyśleć, że Snape był egoistą, działającym jedynie w imię tejże miłości, ale tylko do pewnego momentu – należy bowiem zwrócić uwagę na fakt, że po śmierci Dumbledore’a pracował już na rzecz przywrócenia pokoju w świecie czarodziejów, dochowując wierności zmarłemu dyrektorowi. Zresztą sam Harry w epilogu Insygniów Śmierci zauważa, że Snape wykazał się niesamowitą odwagą, spiskując tuż pod samym nosem Voldemorta (to oczywiście przenośnia!), co świadczy o tym, że nawet w oczach głównego bohatera został odkupiony. Dlatego, mimo iż nie darzę Snape’a jednoznacznie pozytywnymi odczuciami, podobnie jak w przypadku Dumbledore’a,stanę również w jego obronie, uważając, że mimo iż popełnił w przeszłości wiele błędów (ze wstąpieniem na służbę do Czarnego Pana na czele), to jednak ostatecznie zdał sobie z nich sprawę i zrobił wszystko, by za nie niejako odpokutować – najpierw ze stricte egoistycznych pobudek, a później dla wyższego celu.
Krzysztof: Oj, tak dużo spraw poruszyliście naraz, że sam nie wiem, od czego zacząć! Najlepiej będzie chyba od Lily… Owszem, Lupin nie był pewnie całkiem obiektywny, ale w rozmowie z Harrym był wyraźnie zakłopotany i przyznał, że James i Syriusz zachowywali się często nie w porządku i już wtedy było mu głupio, że na to nie reagował. Skoro potrafił wyznać to Harry’emu, to chyba nie miał powodu, by dalej zakłamywać sytuację. Mi się historia Snape’a nie wydaje jakoś bardzo dziurawa, ale Rowling rzeczywiście próbowała ją później łatać – nie pamiętam już, gdzie to znalazłem, ale czytałem kiedyś anglojęzyczny tekścik jej autorstwa, opisujący moment, w którym Severus, Syriusz i James spotkali się po raz pierwszy w pociągu do Hogwartu. I rzeczywiście zarysowała tam obopólną niechęć i złośliwość, a nie typowy bullying.
Podobnie jak Eliza rozumiem oczywiście większość motywacji Snape’a, oraz to, czemu stał się taki, jaki był. Nie postrzegam go jako „potwora” pokroju Voldemorta. Tyle że musimy sobie jednak radzić ze swoimi demonami w taki sposób, żeby nie krzywdzić innych, a to się ewidentnie Snape’owi nie udało, więc jakoś nie potrafię darzyć go sympatią i uwierzyć w jego bezinteresowne nawrócenie. I tu rzeczywiście zestawienie z Nevillem pokazuje sedno sprawy –Longbottom też nie miał lekko, ba, miał chyba gorzej, bo nie był uważany za szemranego dziwaka, tylko za kompletną, bezużyteczną ciapę, którą można pomiatać. Neville jednak cierpliwie znosił te przeciwności, a dzięki radzeniu sobie z nimi zmężniał, nabrał zaufania do samego siebie i został ostatecznie jednym z przywódców szkolnego „ruchu oporu”.
A mówiąc o kwestii pracy „nawróconego” Snape’a na rzecz Dumbledore’a, też pokuszę się o pewne porównanie, tylko już spoza uniwersum – ta sytuacja przywodzi mi nieco na myśl Dartha Vadera. Tamten również w krytycznym momencie zmienił strony w imię miłości, a potem skończył w samotności, jako prawa ręka człowieka, do którego przystał z konieczności. Wydaje mi się, że podobnie jak niegdysiejszy Anakin Skywalker, Snape był już w tym momencie złamany i obciążony świadomością, że nie ma możliwości powrotu do dawnego życia i dawnych sojuszników, więc było mu wszystko jedno, czy Dumbledore go wykorzystuje, a sprawa jest słuszna. Robił, co miał robić, bo nic innego mu nie pozostało. Poza tym nie wiemy, ile z jego walki z Voldemortem w ostatnich tomach wynikało z chęci ratowania świata, a ile z osobistej vendetty przeciwko Riddle’owi – w końcu to on własnoręcznie zamordował „ukochaną” Lily.
Mateusz: Uwaga, z naszej dyskusji wynika, że Snape to połączenie Judasza (motyw poświęcenia) z Anakinem Skywalkerem (przemiany w wyniku miłości) – brzmi to z pozoru nielogicznie. Tego się nie spodziewałem, jednak widziałbym go też jako samotnego rewolwerowca, który wymierza sprawiedliwość Voldemortowi za śmierć Lily. Niemniej, każda z naszych opinii podparta jest mocnymi argumentami, w ciekawy sposób ukazując złożoność oraz wielowymiarowość tej postaci.