Do tej pory z twórczością wyjątkowego płodnego artysty, jakim niewątpliwie był Franz Drappier, mogliśmy się zapoznać tylko dzięki wydawnictwu Ongrys (Lester Cockney). Na szczęście Lost in Time postanowiło przypomnieć Polakom o tym artyście. Czy Laleczka z kości słoniowej po ma szansę okazać się hitem sprzedażowym?
Chińczycy i Mongołowie
Pierwsze, co zdziwiło mnie w wydaniu Laleczki z kości słoniowej, to wcale nie była obwoluta (o tym fakcie dowiedziałem się przed otrzymaniem komiksu). Tylko brak znaczka „tylko dla dorosłych” na okładce. Laleczka z kości słoniowej jest wypełniona przemocą (w tym seksualną). Mamy nawet kilka scen tortur. Jednak Franz nie epatował nadmiarem przemocy dla samego szokowania, bo te wszystkie momenty przedstawił w tak naturalny sposób, łącznie z często obojętnymi reakcjami postaci, że kupuje się tę całą przemoc jako element epoki. Autor po prostu ukazywał świat, takim, jakim był. I właśnie w tych okrutnych realiach przyszło żyć wrażliwej Yu Lien. Sprzedana do domu publicznego, pozbawiona kontroli nad swoim życiem. Wszystko się zmienia, gdy los stawia na jej drodze Timoka, syna mongolskiego wodza Kaliber-chana. Właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda. Ucieczka z miasta, walki, morderstwa i… mój ulubiony rozdział, w którym dwójka głównych bohaterów jest ścigana niczym dzika zwierzyna. Bardzo filmowy i emocjonujący epizod.

Na łasce Chana
Często w recenzjach zdarza mi w ramach pozytywów wspomnieć, że bardzo polubiłem głównych bohaterów. W Laleczce z kości słoniowej jest wprost przeciwnie. Przewija się cała masa postaci, ale naprawdę ciężko ich polubić. Są interesowni, z łatwością pozbawiają życia innych ludzi, a do tego zależy im przede wszystkim na zaspokojeniu swoich potrzeb. Nawet Timok, pomimo pewnej szlachetności względem Yu Lien, nadal jest po prostu mongolskim barbarzyńcą.. Niemniej bohaterowie stworzeni przez Franza są niczym żywi, prawdziwi ludzie, a przez to ekscytujące jest obserwowanie ich losów w tak okrutnych czasach. Aczkolwiek trochę skłamałem, bo w tym komiksie jest jedna postać, którą polubiłem od pierwszych kadrów. W drugim rozdziale pojawia się pewna pomarszczona babcia, która jest po prostu złotą kobietą. Mam nadzieję, że jeszcze powróci w kolejnych tomach, bo to niesamowita, ciepła, ale też bardzo mądra postać.

Uroki stepu
Franz niewątpliwie był mistrzem rysunku. Jego realistyczna kreska, dbałość o każdy detal, wiedza historyczna zachwycają nawet po ponad dwudziestu latach od jego śmierci. Z przyjemnością chłonąłem każdy kadr. Dzięki kresce Franza miałem wrażenie, że przeniosłem się do innej epoki. Po prostu poczułem ten klimat i wiem, że chcę więcej. Zważywszy, iż mamy do czynienia z mistrzem, to na początku zamieszczono obszerne dossier. Dzięki niemu dowiemy się wielu informacji o twórczości Franza. Chciałbym poświęcić kilka słów wydaniu, a konkretnie skupić się na dodanej obwolucie, zakrywającej okładkę z literówką na grzbiecie. Przyznaję, że wydawnictwo Lost in Time zaskoczyło mnie pozytywnie, decydując się na wstrzymanie sprzedaży i dorzucenie wspomnianej obwoluty. Dzięki temu ten fenomenalny komiks został dopieszczony na maksa. A dzieło Franza na to zasługuje.

Czy warto wybrać się w podróż z Timokiem?
Gdyby nie moja miłość do mitologii greckiej (Wieszcz) i rycerzy (Rycerz psi łeb) to właśnie Laleczka z kości słoniowej byłaby na chwilę obecną moim tegorocznym ulubionym komiksem od Lost in Time. Jedyne, nad czym ubolewam to to, że na kolejne tomy sobie trochę poczekam. Trzeci i ostatni wedle informacji w dossier zostanie wydany dopiero w 2028 roku, ale wiem, że i tak będzie warto czekać. Polecam wszystkim miłośnikom awanturniczych historii.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Lost in Time, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.