Kurt Vonnegut Rzeźnia numer pięć
Lubię książki, które wychodzą poza granice gatunków. Najlepiej, żeby były ciekawe językowo, achronologiczne, trochę oszukiwały czytelnika. Dlatego cenię Laviego Tidhara, Sylvaina Neuvela czy Cixina Liu. Kto wie, czy wszystko nie zaczęło się od Kurta Vonneguta, a konkretnie Rzeźni numer pięć, która w starym PIWowskim wydaniu leżała sobie spokojnie u mnie w domu. Sięgnęłam po nią dość wcześnie i jakoś tak się wydarzyło, że stała się dla mnie jedną z przełomowych lektur.
Najważniejszy motyw, jaki pamiętam z tej książki, to oczywiście podróże w czasie. Tralfamadorianie, czyli obcy, którzy porywają głównego bohatera Rzeźni i trzymają go w swoim ZOO, żyją nieliniowo, chociaż ich czas jest ograniczony. Mogą za to wracać do dowolnego momentu, odwiedzać starość przed młodością, wielokrotnie powtarzać wybrane momenty. To metafora pogrążania się we wspomnieniach, dobrowolnego i nie, jak w przypadku PTSD. W końcu Rzeźnia to powieść o wojnie, zdecydowanie antywojenna. Vonnegut wyraża tę postawę łagodnie i ironicznie. Cała ta powieść może wydawać się nieco naiwna i prostoduszna, jak Billy Pilgrim, jej protagonista. Tymczasem to mistrzowski tekst wżerający się głęboko w głowy i serduszka. Mający swoje pacyfistyczne przesłanie, ale nieoszukujący nikogo, łącznie z autorem, że wojny już nigdy nie będzie, a o dawnych można zapomnieć. Efektem ubocznym obcowania z tą powieścią będzie nabycie umiejętności podróży w czasie. Bardzo się przydaje, obiecuję!

Źródło: miedzysklejonymikartkami.blogspot.com
Dołącz do dyskusji