Ocalić od zapomnienia
Jakoś tak jest, że paleniem czy zakazywaniem tekstów zajmują się często osoby lub instytucje upierające się, że jest tylko jedna książka warta czytania. Ewentualnie jeden temat (czyli wspomniana książka i komentarze do niej). Zwykle nie chodzi o arytmetykę, księgowość, a nawet kodeks cywilny. Że o medycynie domowej nie wspomnę. Za to ci, którzy wynoszą papierzyska z ideologicznych pożarów, najczęściej mają szersze zainteresowania.
Dokładnie to wydarzyło się w Kordobie za życia pewnej znającej swoje ograniczenia i potrzeby mulicy, podczas dyżuru bardzo zaangażowanego bibliotekarza. Wielki Wezyr, przejmując regencję w imieniu młodziutkiego kalifa, postanowił umocnić swoją pozycję, robiąc porządki w pałacu i głowach poddanych. Jego „dziel i rządź” miało oprzeć się na islamie, Koranie i armii. Po prawdzie z tego pierwszego członu rzymskiej metody zostało mu rozdzielanie książek i pomysłów na bardzo złe i jedyne słuszne.
Na szczęście zawsze znajdzie się jakiś ruch oporu, pragnący zachować dzieła dotyczące matematyki, biologii, a co gorsza, nawet filozofii. Cudzej, starej, ale wciąż niebezpiecznej. Takie historie pragnie ocalić Tarid, role model każdej książkary i książkarza. Pomogą mu uczona niewolnica, przypadkowy złodziej i najważniejsza z nich wszystkich (bo najsilniejsza) mulica.

Złoty wiek i jak go zakończono
Tarid i bibliomulica żyli w ciekawych czasach. X wiek w Kordobie to złota epoka. Miasto jest stolicą kalifatu, najbogatsze i najbardziej wykształcone w całej Andaluzji. I najpiękniejsze — można się o tym przekonać do dzisiaj. Wielki Meczet (gdzie po raz pierwszy widzimy bibliotekarza) wciąż zachwyca lasem kolumn, teraz jako katedra. Podobnie jak Alcazar, pałac, z którego trzeba było ratować książki (które nigdy tam nie wróciły).
Leonard Chemineau oddał w swoich rysunkach piękno Kordoby i Gwadalkiwiru, nad którym wyrosła. Jeśli byliście kiedyś w tym mieście, zgodzicie się ze mną, że w komiksie jest jak żywe. Podobnie jak wyschnięte wzgórza, przez które ratujący książki muszą się przedrzeć, by dotrzeć do jakiejś bezpiecznej dla zakazanych publikacji przystani. Ich ucieczka pokazuje w miniaturze upadek, jakim zakończył się złoty wiek Al-Andalus. A jeszcze dobitniej to, że przeogromna wartość książek jest wyraźnie dostrzegalna tylko dla tych, którzy je czytają i kochają. I jeśli chcą ochronić przedmiot swojej pasji, muszą go sprzedawać sprytnie, najlepiej nie wspominając o tekście, a już na pewno nie o niesionych w nim ideach.
Ratujący skrawki kalifackiej biblioteki bohaterowie popadają w wiele tarapatów. Mulica ledwo daje radę udźwignąć ciężki tobół, który co chwila się rozpada i wymaga ponownego pakowania. Wśród suchych andaluzyjskich wzgórz nie ma niczego do upolowania i zjedzenia, więc głód także pcha ich w kłopoty. Walczą ze zmęczeniem, dyskutują, uciekają przed pościgiem. Spotykają innych wędrowców, co kończy się różnie. Droga ich zmienia, zwłaszcza Tarida, który zaczyna dostrzegać prawdziwy świat i zamieszkujących go ludzi, zupełnie innych od bibliotekarzy i uczonych.
Lupano i Chemineau, choć momentami pocieszny, przynosi gorzką konkluzję — miłości do książek, a nawet do zawartych w nich opowieści, nie jest łatwo się nauczyć, czy chociaż wytłumaczyć innym. Nie jest zaraźliwa jak moralne paniki. I na pewno pozostanie daleko poza zainteresowaniami tych, którzy codziennie muszą kombinować, jak nie być głodnymi czy nie paść ofiarą silniejszych od siebie. Potrzeba pałacu i wygodnych poduszek, żeby wpaść na pomysł opiekowania się cudzymi tekstami. Jednocześnie tylko tacy wariaci umożliwiają społeczeństwom rozwój, bo wiedza, zwłaszcza naukowa, wyrasta na pożywce ze starych traktatów.
