Wydawnictwo Mandioca z kopyta weszło na rynek mangi w Polsce z takimi tytułami jak Bibliomania, Nonnonba czy omawiana właśnie Satsuma gishiden. Czy wydawca miał dobrego nosa, stawiając na te tytuły?
Trudne jest życie samuraja
Satsuma gishiden zaczyna się w krwawy sposób. A mianowicie od brutalnej gry-rytuału hiemontori, w której dwie drużyny rywalizują o wątrobę skazańca. Pierwszy rozdział pokazuje w najdrobniejszych detalach, jak samuraje na koniach ścigają się i siekają skazańca na kawałki, aby dobrać się do jego wątroby – cóż za okrutny spektakl (Rzymianie mieli gladiatorów i koloseum, a Japończycy hiemontori). Po tej jatce na arenę wchodzi kolejny skazaniec, niejaki Sakon Shiba. Okazuje się on o wiele sprawniejszym wojownikiem od pozostałych, więc nie pada od pierwszego ciosu, a nawet udaje mu się uciec na palisadę. Kiedy z zaciekawieniem przechodzisz do rozdziału drugiego, aby przekonać się, czy Sakon przeżyje starcie, to nagle otrzymujesz coś w stylu „filmu dokumentalnego”. I to zrobionego z klasą. Hiroshi Hirata w tej części mangi wyjaśnia w detalach sytuację samurajów, podział na klasy, a także pokazuje, że biedniejsi wojownicy musieli parać się podrzędną pracą (drwal, tokarz, lakiernik, wytwórca mat tatami itd.), aby wiązać koniec z końcem. Zaskoczył mnie ten zabieg, w pierwszej chwili raczej negatywnie, ale koniec końców bardzo spodobało mi się takie łopatologiczne wprowadzenie w sytuację społeczną Japonii w tamtym okresie. Dzięki temu lepiej zrozumiałem postępowanie bohaterów, a zwłaszcza Sakona. Jednak dopiero trzeci rozdział w pełni wyjaśnia sytuację, w jakiej znalazł się Shiba i dopiero po odhaczeniu tego wątku wracamy do kontynuacji motywu hiemontori. A jakby tego było mało, na koniec mangi dochodzi jeszcze bardzo ciekawy wątek polityczny – bardzo dużo się dzieje w tym komiksie!

Jeden przeciwko wszystkim
W tę mangę wciągnąłem się praktycznie od pierwszego kadru. Najpierw zahipnotyzował mnie pokaz krwawego samurajskiego „sportu”, a potem to już popłynąłem na fali, bo z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Podoba mi się, że choć spośród wszystkich bohaterów wyróżnia się Sakon Shiba, to tak naprawdę jest to przede wszystkim opowieść o samurajach Satsumy, o ich życiu i problemach finansowych, politycznych i społecznych. Warto także zwrócić uwagę na zabieg zastosowany przez tłumaczkę. Mianowicie, aby oddać specyfikę języka XVIII-wiecznych Japończyków, zostały zastosowane staropolskie archaizmy. Choćby samuraje zwracają się do siebie per „waszmościowie”. W pierwszej chwili wydało mi się to trochę sztuczne, ale dość szybko przekonałem się do takiego tłumaczenia. Wręcz użyte słownictwo pasowało mi do charakteru honorowych, butnych i dumnych samurajów.

Mordercze starcia
Kreska Hiroshiego Hiraty jest obłędna. Chociaż autor nie przykładał się równie mocno do wszystkich kadrów to zwłaszcza te całostronicowe ilustracje prezentują iście epicko. Patrząc na walkę samurajów można wręcz poczuć pęd katany i wściekłość buzującą w narysowanych wojownikach. Zdecydowanie trzeba się nie raz zatrzymać w czasie lektury, aby docenić wszystkie detale zamieszczone w pojedynczym kadrze. Wydanie również trzyma bardzo wysoki poziom jak na komiks japoński. Po pierwsze mamy trochę większy format niż typowa manga, a co najważniejsze, wydawca nie zapomniał o skrzydełkach przy miękkiej oprawie, dzięki czemu ten tom bez żadnego uszczerbku na okładce wytrzyma wielokrotne czytanie. Na koniec nadmienię, że na końcu tomu zamieszczono rozpiskę chronologicznego wykazu er i okresów w historii Japonii.

Czy warto zostać samurajem?
Pierwszy tom Satsuma Gishiden. Legendy o wiernych wasalach Satsumy okazał się początkiem wciągającej i epickiej samurajskiej opowieści o wojownikach Satsumy. Cóż mogę powiedzieć więcej, po prostu już nie mogę się doczekać kontynuacji!
