Lost in Time ma już w swojej ofercie kilka adaptacji książek, choćby warto wspomnieć o intrygujących Poszukiwaczach z Drzewoświata czy też o dwutomowym Hawkmoonie. Czy Horda kontrwiatrowa okaże się jedną z najlepszych komiksowych adaptacji z portfolio Lostów?
Naprzód… Marsz!
Horda kontrwiatrowa jest adaptacją powieści Alaina Damasia, stworzoną w całości przez Erica Henninota. W tym komiksie trafiamy do świata, w którym nieustannie wieje wiatr. Czasami jest to wichura, a innym razem zefirek. Niemniej, w tym świecie nie ma ani chwili spokoju od wiatru. Z tego powodu wśród tubylców narodziła się idea, aby dotrzeć do mitycznego Początku Wiewu (wiatr wieje tylko w jedną stronę). W tym celu co jakiś czas wyrusza grupa ludzi określana mianem hordy. Ci dzielni ludzie na własnych nogach przemierzają całą planetę! Akcja komiksu dzieje się w momencie wyruszenia trzydziestej czwartej hordy! Jednak twórca nie skupia się na opowiadaniu o kształtowaniu tej formacji (na początku komiksu zobaczymy tylko ich inicjacje, a potem w ramach retrospekcji dowiemy się jeszcze paru informacji o ich młodości), ale na wydarzeniach, do jakich dochodzi 27 lat później. Wyruszyli jako dzieci, a my obserwujemy ich już jako dorosłych i doświadczonych hordystów, którzy przeszli pieszo setki kilometrów.

W drodze ku początku…
Wizja świata zaprezentowana w Hordzie kontrwiatrowej w zasadzie kupiła mnie już od pierwszych stron. W przypadku takich uniwersów najciekawsze jest podziwianie, w jaki sposób ludzkość dostosowała się do trudnych warunków życia. I tutaj też widać rozmaite wynalazki, różne sposoby na wykorzystywanie siły wiatru czy bronienie się przed silniejszymi podmuchami. Do tego dochodzi właśnie ta wielka idea, aby dotrzeć do Początku Wiewu. Tylko, że są trzy frakcje i każda w czym innym upatruje nadzieje na zrealizowanie celu. Ta najbardziej ortodoksyjna grupa stawia na przejście całej trasy na własnych nogach bez wspomagania się pojazdami (a w tym świecie są maszyny latające). Cóż mogę więcej powiedzieć? Ten świat po prostu mnie zauroczył i chcę go dalej odkrywać.

Kto przeżyje, a kto odpadnie?
W większości historii sercem nie jest fabuła, a bohaterowie, którym się kibicuje. I tak jest właśnie w Hordzie kontrwiatrowej. Mamy tu naprawdę sporo postaci (horda liczy mniej więcej osiemnaście osób – niektóre postacie giną w czasie podróży, ale są też rekrutowane nowe), aczkolwiek tylko części z nich autor poświęca więcej czasu (zdaję sobie sprawę, że ciężko byłoby poświęcić tyle samo uwagi ponad dziesiątce postaci, ale na przykład z tego powodu na początku zlał mi się w jedną osobę wojownik Erg i powietrzny kłusownik Larco). Z istotnych bohaterów na pewno warto wspomnieć o Golgocie – lider/traser. To on prowadzi całą formację i przyjmuje na siebie główny impet wiatru. Jest przy tym wyjątkowo skutecznym dowódcą, aczkolwiek nie szanuje zdania i życia pozostałych członków. Ciekawa postać, bo jest mocno niejednoznaczna. Z jednej strony jest wiele momentów, które kładą się cieniem na jego osobie, ale z drugiej strony bez niego horda w ciągu dwudziestu siedmiu lat nie osiągnęłaby tak wiele. Warto też wspomnieć o ognistce (rozpala ogień w każdych warunkach) Callirhoe, która zachodzi w ciążę. Ten wątek został doprawdy bardzo ciekawie poprowadzony! Jednak tak naprawdę powinienem powiedzieć najwięcej o skrybie (Sov Strochnis), który jest naszym protagonistą. To często jego przemyślenia słyszymy i głównie z jego perspektywy patrzymy na całą tę wyprawę. Sov jest bardzo złożoną postacią i wyjątkowo intrygującą. Golgoth nim pogardza, w wyniku czego często dochodzi między nimi do spięć, tym bardziej że Sov ma w sobie więcej współczucia dla swoich towarzyszy. Powiedziałem raptem o trzech bohaterach, a jest ich jeszcze więcej. Bardzo mi się podobało obserwowanie jak ci wszyscy dzielni hordyści wspierają i docierają się, a przede wszystkim, jak mimo tylu przeciwności ciągle prą przed siebie.

Wiecznie wyjący wiatr
Eric Henninot jest nie tylko uzdolnionym scenarzystą, ale także wybitnym rysownikiem. Jego styl od pierwszego kadru mnie kupił. Eric umiejętnie przedstawia zmagania bohaterów z naturą. Patrząc na te ilustracje, można wręcz poczuć faktyczną siłę wiatru. Wydanie, jak to zazwyczaj w przypadku Lost in Time, wygląda obłędnie – duży format (idealny do podziwiania ilustracji Henninota), intrygująca okładka i do tego garść dodatków w postaci szkiców oraz przedmowy Alaina Damasia. Doceniam także, że przed samym komiksem dorzucono rozpiskę z bohaterami oraz ich pozycją w formacji. Ubolewam jedynie, że nie dodano słowniczka, podobnego, jak w Świecie Arkadiego. Pojawia się tu wiele terminów (np. chron, żywiec) i choć w toku lektury poznajemy znaczenie większości z nich, to nadal taka rozpiska ułatwiłaby poznawanie tego świata. Najbardziej jednak chciałbym zobaczyć mapę przedstawiającą tę planetę w całej okazałości wraz z zaznaczoną trasą hordy trzydziestej czwartej.

Czy warto dołączyć do trzydziestej czwartej hordy?
Już w czasie lektury pomysł Alaina Damasio mnie zachwycił. Natomiast przeniesienie tej fabuły na język komiksu w wykonaniu Erica Henninota, wyszło fenomenalnie. Horda kontrwiatrowa z automatu ląduje w mojej topce najlepszych komiksów tego roku. Gdyby nie słabość do mitologii greckiej (Wieszcz), to właśnie Hordę uznałbym za najlepszy komiks wydany w tym roku. Nie mogę się już doczekać drugiego tomu! Z kontynuacji od Lost in Time bardziej czekam jedynie na Króla rozpustników. Cóż mogę więcej powiedzieć, świat wymyślony przez Damasia kupił mnie od pierwszej strony. Natomiast fenomenalne ilustracje Henninota spowodowały, że zakochałem się w tym niebezpiecznym uniwersum. Polecam wszystkim dać się porwać Hordzie kontrwiatrowej.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Lost in Time, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.