Prosty żywot rolnika, choć pełen ciężkiej pracy i obowiązków, zdaje się być darzony szczególnym upodobaniem przez graczy. Nie brakuje miłośników wciąż tworzonej serii Farming Simulator z lubością zasiadających do swych cyfrowych maszyn. Medieval Dynasty również uzbierał grono fanów życia średniowiecznego chłopa, a prosty w swej oprawie wizualnej Stardew Valley swego czasu był prawdziwym fenomenem. Grono ludzi pokochało nieśpieszną rozgrywkę z powtarzalnymi czynnościami, które dają satysfakcję bez serwowania całej masy bodźców. A co jakby przenieść zabawę do kosmosu?

Nieznajomy – ósmy podrywacz Nostromo
Taka okazja, że szkoda nie brać!
Pozornie można odnieść wrażenie, że właśnie taki cel przyświecał twórcom gry Farlands. Stylistyka bardzo zbliżona do wspomnianego wyżej fenomenu sprawia, że od pierwszych sekund obcowania z tym tytułem mamy wrażenie, że gdzieś już to widzieliśmy. Nie jest to specjalna wada, takie podejście pozwala nam szybciej wsiąknąć w rozgrywkę. Tuż po wstępnej scenie, w której szemrany deweloper wciska nam opuszczoną planetę, od razu wiemy, że topór, kilof i kopaczka to będą nasi sprzymierzeńcy na kolejne godziny.
Zabawę zaczynamy od uporządkowania nowej posesji, która stanie się centrum przygody. To tutaj, dzięki zaawansowanej drukarce, będziemy wytwarzać wszelkie potrzebne nam ingrediencje (w tym jedzenie), na oczyszczonej polanie wyryjemy grządki i z czasem postawimy farmy. Samo zajmowanie się uprawami nie jest niczym skomplikowanym. Ot, codziennie po posadzeniu podlewamy aż do zbiorów, z przerwami na nowy zasiew przy zmianie jednej z trzech pór roku. Rolnictwo jednak, choć stanowi główne źródło dochodu, nie jest głównym celem naszej zabawy.
Fabuła Farlands nie należy do specjalnie skomplikowanych. Wraz z zakupem planety stajemy się współmieszkańcem spokojnego układu słonecznego, gdzie czas płynie powoli, a mieszkańcy są wobec siebie mili i życzliwi. Jednak nad tym sielskim obrazem czyha widmo przejęcia planet przez mega korporację, która bezpardonowo wyssie je wszystkie z wszelakich surowców. Jedyną nadzieją zostaje Arka – wielki projekt obcej cywilizacji stawiającej na naukę i poznanie. By jednak układ został objęty międzyplanetarną protekcją, należy dostarczyć naukowcom próbki przynajmniej siedemdziesięciu procent fauny, flory i surowców. To właśnie eksploracja, żmudne wydobycie i łowiectwo jest naszym głównym zadaniem posuwającym do przodu liniową historię.

Pamiętajcie o dobrym podlewaniu kaktusów – najlepszych roślin zimowych
Czas nieustannie biegnie, no chyba, że nie
Mechanicznie gra nie stanowi specjalnego wyzwania. Łowienie ryb, łapanie robaków czy wydobywanie surowców nie wymagają opanowania skomplikowanych ruchów i praktycznie jedynym, czym trzeba się przejmować, to energia i upływ czasu. W pierwszym przypadku mamy trywialną zależność – każda nasza czynność pożera część energii, której całkowite zużycie doprowadza do omdlenia protagonisty i przebudzenia się w łóżku z ledwie częścią mocy. Tą statystykę można jednak szybko zregenerować zwykłym jedzeniem, przez co na późniejszym etapie rozgrywki nie trzeba się nią specjalnie przejmować.
Inaczej jest jednak z upływającym czasem. Co prawda fabularnie prezes złowieszczej korporacji próbuje przekupić lub na inne sposoby skłonić mieszkańców do opuszczenia układu, co rusz przypominając o tym, że czas mija, a cierpliwość mu się kończy, jednak jego poczynania są ściśle powiązane z naszym postępem w kompletowaniu okazów dla Arki. Tak długo, jak nie osiągniemy odpowiedniego poziomu wypełnienia zadania głównego, możemy oddać się dowolnym czynnościom bez obawy, że główna fabuła ukarze nas za opieszałość. Zupełnie inaczej ma się sprawa z cyklem dnia i nocy – twórcy tylko z sobie znanych powodów ustalili, że o godzinie 2:00 protagonista zemdleje ze zmęczenia niezależnie od tego, gdzie się znajduje i jak dużo pozostaje mu energii. Jest to zdecydowanie uciążliwa mechanika, zwłaszcza przy wymagającej sporo czasu eksploracji kopalń.

Predator spotyka swoje największe nemezis – zeznanie podatkowe
To wygląda jakby znajomo
Farlands nie bez powodu przywodzi na myśl „Stardew Valley w kosmosie” – zbliżone mechaniki, spokojna rozgrywka, własna farma, relacje z mieszkańcami, które mogą zakończyć się ożenkiem. To wszystko wygląda naprawdę znajomo, a do tego mamy też do czynienia z podobną, prostą szatą graficzną. Oczywiście w tym przypadku twórcy mogli nieco bardziej poszaleć, tworząc różne rasy obcych koegzystujących jako jedna, wielka rodzina. Sam wygląd postaci jest dość różny – niektórzy mieszkańcy układu wyglądają na dopieszczonych przez kogoś, kto wie jak wycisnąć jak najwięcej z pixelartowej stylistyki, inne natomiast bardziej przywodzą na myśl zabawę kilkulatka w Paincie, co nieraz dość mocno naruszało moje odczucia estetyczne.
Jednak zdecydowanie widać, że twórcy mają sensowne poczucie humoru i niemalże co krok rzucają nam niewymuszone i całkiem przyjemne żarty. Co rusz w rozmowach z postaciami niezależnymi możemy wyłapać różne smaczki, a wygląd i zachowanie NPC-ów nosi w sobie ziarno dowcipu lub odniesienia do dzieł popkultury. Nawet stoliki ustawione przed karczmą i parking dla statków kosmicznych to istna kopalnia eastereggów. Ba! Podczas rozgrywki możemy nawet natrafić na żarty z samych mechanik. Staruszek próbujący naśladować pozę protagonisty zdobywającego nowe narzędzie, którego animacja zostaje brutalnie przerwana nagłym strzyknięciem w plecach, wciąż pozostaje moim ulubionym, niespodziewanym żartem.
Farlands to gra prosta, satysfakcjonująca i wykonana z sercem, przez co potrafi być wciągająca i zabawna oraz stanowi miłą odskocznię od nabuzowanych efektami produkcji, które usilnie starają się, abyśmy pozostawali przebodźcowani. Miła, choć linowa fabuła może i nie jest szczególnie porywająca, ale w sposób wystarczający daje nam motywację do podążania dalej. Jedyne co można zarzucić tej przyjaznej produkcji to fakt, że podczas jednego przejścia przedstawia nam w zasadzie wszystko, co ma do zaprezentowania i nie bardzo znajduję motywację do tego, by ponownie zagłębić się w ten kolorowy świat. A szkoda, bo Farlands zdecydowanie zasługuje na to, by do niego wracać. Można mieć tylko nadzieję, że twórcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Eh, ci brytyjscy turyści
Grę do recenzji otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawcy, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.
