Stawiając na karierę pisarza, Joe Hill wybrał misję prawdopodobnie najtrudniejszą z możliwych. Wyjście z cienia własnego ojca, czyli bez większej przesady, jednego z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych pisarzy świata, oraz udowodnienie, że rodzinne konotacje nie są jedynym powodem, dla którego ktokolwiek chce czytać jego książki, to przecież nie lada wyzwanie.
Niemniej jednak udało mu się. Z każdą kolejną powieścią Hill coraz mocniej pracował na własną markę, toteż gdy po Strażaku fanom przyszło czekać na następny pełnoprawny literacki kolos niemal dekadę, cóż – jego powrót siłą rzeczy musiał stać się wielkim wydarzeniem.
O ile jednak rzeczony Strażak mi się podobał, tak absolutnie nie był dla mnie objawieniem. Widząc więc rozmiary książki i jednocześnie bezpośredniość jego pomysłu (no bo dajcie przecież spokój, mówimy tu o zupełnie dosłownym smoku) zastanawiałem się, jak Hill zamierza dźwignąć ten koncept do poziomu niemal dziewięciusetstronicowej cegły. No i powiem wam, cholera, dźwignął. I to jak.
Nasz własny smok
Próbując jak najmniej zdradzać z samej historii (wierzcie mi, lepiej smakować ją samemu), powiem tylko, że punktem wyjścia dla całego pomysłu jest splot wydarzeń, w które wplątana zostaje grupa studentów prestiżowego Rackham College. Te zaś prowadzą do przywołania istoty znanej jako Król Smutek – który w zamyśle ma pomóc im wydostać się z tarapatów.
Problem w tym, że ów smok (bo nim właśnie jest) nie jest złotą rybką spełniającą życzenia, a zawarty z nim układ szybko okazuje się mieć konsekwencje daleko wykraczające poza rozwiązanie pierwotnego problemu. Bohaterowie wpuszczają do swojego życia coś, czego nie potrafią kontrolować, a czego pozbycie się okaże się zadaniem na całe dekady.
Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bowiem fundamenty są tutaj definitywnie bardzo Kingowe. Mamy grupkę młodych ludzi, przedwieczne zło – wydające się praktycznie nie do pokonania – oraz przyjaźń i lojalność wystawiane na coraz cięższe próby. Hill sprytnie odwraca jednak klasyczny schemat.
Tym razem bohaterowie nie są przypadkowymi ofiarami potwora, ale to oni sami odpowiadają za całe zamieszanie. Pytanie nie brzmi więc wyłącznie: „jak pokonać zło?”, lecz również: czy starczy im odwagi, aby wziąć odpowiedzialność za własne decyzje, kiedy cenę za nie przyjdzie płacić jeszcze wiele lat później?
Potwór z innej bajki
Jak na cegłę gigantycznych rozmiarów przystało, opowieść ma przy tym mnóstwo czasu, żeby pooddychać, a Hill skrupulatnie to wykorzystuje, rozwijając akcję równolegle z ekspozycją kolejnych bohaterów. Co ciekawsze, robi to w konstrukcyjnie nieoczywisty sposób. O ile początek sugeruje dość standardową narrację, kolejne partie, skupione na perspektywach poszczególnych protagonistów, przeskakują o kilka lat naprzód i bynajmniej nie zawsze prowadzą historię tam, gdzie spodziewalibyśmy się ją znaleźć.
Najbardziej ciekawiło mnie jednak, jak Hill poradzi sobie z samym smokiem, czyli było nie było, ikoną high fantasy… ale w konwencji horroru. Wyrwanie takiego stworzenia z jego naturalnego środowiska pachniało przecież ryzykiem, że zamiast grozy dostaniemy pokraczną hybrydę lżejszych klimatów z doczepioną metką horroru.
Tymczasem autor wybrnął z tego wręcz idealnie. Król Smutek pod względem aparycji jest co prawda smokiem jak najbardziej dosłownym, ale aura, która go otacza, przypomina już miks wszechpotężnego To z demonami wyciągniętymi gdzieś z Lovecraftowskich otchłani. To istota zła do szpiku kości, rozkoszująca się cierpieniem ofiar bardziej niż samą ich śmiercią i prowadząca z bohaterami nieustanną, podstępną grę.
Potrafi odebrać im dokładnie to, co kochają najbardziej, a przy tym ma pełną świadomość własnej potęgi. Dlatego nawet kiedy urządza słowne gierki i bawi się z protagonistami w szarady, gdzieś z tyłu głowy pozostaje nam świadomość, że jeśli tylko zechce, za chwilę może im zwyczajnie poodgryzać głowy.
Jeszcze ciekawsza okazuje się relacja łącząca smoka z ludźmi, którzy go przywołali. Z jednej strony jest bowiem ich pasożytniczym demonem i ciemiężycielem, szukającym każdej okazji do wyrządzenia możliwie największego zła.
Z drugiej, w pewnym momencie bohaterowie sami zaczynają patrzeć na niego jak na sprzymierzeńca, narzędzie wymierzania „sprawiedliwości”, a wreszcie demoniczną broń, którą można skierować przeciw komuś innemu. To zresztą dokładnie ten element, który sprawia, że Król Smutek jest tak diabelsko interesujący.
Kto zasługuje na śmierć?
W swojej powieści Hill zadaje bardzo konkretne pytanie o konsekwencje posiadania siły pozwalającej decydować o ludzkim życiu. To, co zaczyna się jako desperacka, nie do końca przemyślana próba uratowania przyjaciela, z czasem przeradza się w powracające niczym mantra pytanie: czy mam prawo decydować, kto zasługuje na życie, a kto na śmierć, nawet jeśli mówimy o ludziach do szpiku kości złych?
Smok staje się w tym sensie krzywym zwierciadłem ukazującym bohaterów. Nietrudno przecież przekonać samego siebie, że wykorzystujemy jego moc wyłącznie w słusznej sprawie. Gdzie jednak przebiega granica? Czy mając możliwość uniknięcia wszelkich konsekwencji, rzeczywiście ograniczalibyśmy się do eliminowania wyłącznie jednostek działających na szkodę innych?
A może prędzej czy później pojawiłby się ktoś, kto skrzywdził właśnie nas, lub po prostu stanął nam na drodze? O ile taki koncept sam w sobie nie jest nowy, to zmieniając perspektywy kolejnych bohaterów, Hill może pokazać zupełnie różne wersje odpowiedzi na to pytanie i obserwować, jak zmieniają się one wraz z wiekiem postaci, ich doświadczeniem i coraz większym bagażem popełnionych błędów.
Dzieje się tak tym bardziej, że środek ciężkości powieści bardzo często spada właśnie na protagonistów, a ci bronią się tutaj znakomicie. Każdy ma własny charakter, słabości i sposób patrzenia na zawarty pakt ze smokiem, a ich relacje budowane są bardziej poprzez decyzje i czyny niż kolejne strony ekspozycyjnych dialogów. Dzięki narracyjnym przeskokom w czasie możemy też obserwować, jak młodzieńcze przyjaźnie zderzają się z dorosłością, jak ludzie oddalają się od siebie i próbują żyć dalej z czymś, czego przecież nie sposób zostawić za sobą.
Dziewięćset stron kontrolowanego szaleństwa
Im dalej w las, tym bardziej Hill komplikuje swoją układankę, wrzucając na stół choćby agencje wywiadowcze zainteresowane wykorzystaniem smoka do własnych celów, czy bezpośrednie elementy sztafażu fantasy, jak trolle czy driady. Gatunkowy miks robi się tu momentami kompletnie szalony, ale autor przez znakomitą większość czasu panuje nad nim na tyle, że całość nie pęka w szwach.
Potrafi też doskonale wachlować emocjami: przeszyć serce czytelnika autentycznym żalem (konsekwencje zagadki zadanej Gwen przyprawiły mnie o ścisk w gardle), chwilę później rozbawić, a następnie bez większego ostrzeżenia zaserwować scenę wyciągniętą wprost z przepastnej horrorowej szafy.
Nie oznacza to jednak, że dziewięćset stron przelatuje przez palce bez najmniejszego zgrzytu. Konstrukcja oparta na przeskokach czasowych i zmianach perspektywy ma swoją cenę: za każdym razem trzeba bowiem nadrobić to, co wydarzyło się pomiędzy kolejnymi aktami.
Najbardziej cierpi na tym przede wszystkim druga partia powieści, kiedy mniej więcej w okolicach połowy książki tempo wyraźnie siada, a Hill z zaskakującym entuzjazmem rozwija całe naręcze osobistych wątków postaci, z których część… cóż, wydaje się rozbudowana ponad miarę. Historia przez pewien czas bardziej człapie, niż zmierza do konkretnego celu i na tle znacznie bardziej dynamicznego początku i finałowego aktu, takie wodolejstwo mocno rzuca się w oczy.
Historia z sercem wielkim jak… smok
Król Smutek jest jednocześnie jedną z tych książek, którym jestem w stanie podobne grzechy wybaczyć, bo kiedy Hill ponownie łapie rytm, przypomina, po co właściwie potrzebował tak ogromnej przestrzeni. Nie jest to bowiem jedynie historia o grupie ludzi walczących ze smokiem, ale przede wszystkim o dorastaniu z konsekwencjami własnych decyzji, o przyjaźni poddawanej próbie czasu i nieuchronnych pytań o moralność w kontekście posiadania siły absolutnej.
A że wszystko to autor opakował w cokolwiek szalony miks horroru, fantasy i doskonale dozowanego obyczaju? Tym większe brawa, że po niemal dekadzie oczekiwania nie tylko nie dał się przygnieść pod ciężarem własnego powrotu, ale dostarczył powieść, która z nawiązką przypomina, dlaczego już dawno przestał być po prostu „synem Stephena Kinga”.
