Drugi tom Władzy absolutnej wchodzi w moment, w którym superbohaterowie DC nie są już ikonami górującymi nad światem, ale rozbitkami próbującymi pozbierać się po druzgocącej porażce. Amanda Waller wykonała pierwszy ruch, odebrała metahumanom moce i rozbiła ich dotychczasową pozycję. Teraz pozostali przy życiu bohaterowie szukają punktu oparcia, a takim miejscem staje się Forteca Samotności. Problem w tym, że nawet ona nie jest już bezpieczną przystanią.
Ruch oporu w rozsypce
W Absolute Power #2 herosi zbierają się właśnie tam, ale Dreamer naprowadza siły Waller na ich kryjówkę, co od razu ustawia tom jako historię o desperackiej obronie, a nie triumfalnym kontrataku. To bardzo „środkowy” tom eventu — nie zaczyna całej intrygi i jeszcze jej nie zamyka, ale dobrze pokazuje skalę kryzysu. Najciekawsze jest to, że Waller nie potrzebuje już tylko propagandy i politycznego zaplecza. Ma realne narzędzia do polowania na bohaterów: Amazo, Failsafe’a, Brainiac Queen i całe zaplecze systemu, który zaczyna działać jak maszyna do łamania superbohaterskiego mitu. W efekcie album nie opowiada o tym, jak Liga Sprawiedliwości efektownie wraca do gry, tylko o tym, jak trudno w ogóle przetrwać, kiedy przeciwnik przygotował się na niemal wszystko.
Największą zaletą tego tomu jest szeroka perspektywa. Zamiast trzymać się wyłącznie głównej miniserii, Egmont zebrał tu sporo tie-inów, dzięki którym widzimy, co dzieje się w różnych zakątkach uniwersum DC. Batman i Catwoman próbują zdobyć element kluczowy dla planów Waller, Superman i Zatanna szukają sposobu na odzyskanie przewagi mimo braku mocy i magii, Wonder Woman łączy siły z Damianem Wayne’em, a Green Lantern musi improwizować, korzystając nawet z broni superzłoczyńców.
Dzięki temu tom ma przyjemne poczucie rozmachu. Nie oglądamy jednego frontu wojny, tylko całą sieć mniejszych kryzysów. Najlepiej wypadają te fragmenty, w których bohaterowie muszą działać bez swoich standardowych atutów. Superman bez pełni mocy, Zatanna bez magii czy Hal Jordan odcięty od typowego zaplecza to dobry sposób, by przypomnieć, że herosów definiują nie tylko zdolności, ale też upór, charakter i gotowość do ryzyka.
Jednocześnie właśnie ta wielowątkowość jest największym ryzykiem albumu. Ruch oporu nie jest tak zwarty jak tom oparty głównie na jednej głównej serii. Skoro w środku znalazły się zeszyty z Green Arrowa, Supermana, Batmana, Wonder Woman, Green Lantern i Task Force VII, czytelnik musi przeskakiwać między różnymi bohaterami, nastrojami i stylami narracji. Dla osób śledzących DC na bieżąco będzie to zaleta. Dla tych, którzy chcą po prostu przeczytać jeden zamknięty album, momentami może to być mniej wygodne. Najlepiej broni się jednak to, że większość tych pobocznych historii rzeczywiście dopowiada coś istotnego. Task Force VII #3–5 pokazuje działania kolejnych Amazo: Jadestone uderza w JSA, Failsafe poluje na Nightwinga i jego nowych sojuszników, a Velocity staje naprzeciw Barry’ego Allena. To nie są wyłącznie ozdobne dodatki, ale fragmenty pokazujące, jak szeroko Waller rozciągnęła swoją operację.

Bohaterowie bez komfortu
Najmocniej działa tutaj motyw herosów pozbawionych pewności siebie. Pierwszy tom odbierał im moce i pozycję, drugi pokazuje konsekwencje tej porażki. Bohaterowie są zmęczeni, rozproszeni i zmuszeni do podejmowania decyzji w sytuacjach, w których nie ma dobrych rozwiązań. To sprawia, że nawet klasyczne superbohaterskie sceny mają trochę inny ciężar.
Ciekawie zapowiada się również rola Jona Kenta. Egmontowy opis podkreśla, że bohaterów ściga „śmiertelnie niebezpieczny Jonathan Kent”, a materiały DC wskazują, że po wydarzeniach z pierwszych numerów Jon znajduje się pod wpływem Brainiac Queen i zostaje odcięty od bliskich. To dobry, emocjonalny punkt zaczepienia, bo konflikt nie dotyczy już tylko świata, ale też rodzinnych więzi Supermana.
Najmocniejszym nazwiskiem graficznym całego eventu pozostaje Dan Mora, który przy głównej serii daje dokładnie to, czego potrzeba takiemu blockbusterowi: dynamikę, czytelność i odpowiednią skalę. Jego rysunki dobrze sprzedają zarówno monumentalność scen, jak i zmęczenie bohaterów. Przy tomie złożonym z wielu serii trzeba jednak liczyć się z tym, że oprawa nie będzie całkowicie jednolita. Nie jest to duży problem, ale jest wyczuwalny. Tie-iny mają własnych rysowników i własny rytm, więc całość nie płynie tak gładko jak pojedyncza miniseria. Z drugiej strony przy tak szerokim wydarzeniu pewna różnorodność jest nieunikniona. Najważniejsze, że tom zachowuje ogólny ton: świat jest w kryzysie, Waller dociska śrubę, a superbohaterowie nie mają czasu na złapanie oddechu.
Władza absolutna. Ruch oporu. Tom 2 zapowiada się jako mocny, choć bardziej rozproszony środkowy rozdział eventu. To album, który pokazuje skutki zwycięstwa Amandy Waller i przenosi ciężar z samego szoku po utracie mocy na próbę organizowania oporu. Najlepiej wypada tam, gdzie bohaterowie muszą improwizować i walczyć nie jako nietykalne symbole, ale jako ludzie postawieni pod ścianą. Nie będzie to zapewne tom idealny dla czytelników szukających zwartej, samodzielnej opowieści. Mnogość tie-inów może miejscami rozbijać tempo, a część wątków mocniej zadziała u osób znających aktualne serie DC. Mimo tego Ruch oporu wygląda na ważny i angażujący fragment całej układanki — taki, który rozszerza skalę wojny z Waller i dobrze przygotowuje grunt pod finał.
