Pierwszy tom Wollodrïna od Davida Chauvela i Jérôme’a Lereculeya był fenomenalny do tego stopnia, że w mojej prywatnej topce najlepszych powieści graficznych wydanych w 2025 roku zajął drugie miejsce! Czy kontynuacja tego hitu okaże się równie wybitna?
Ork, krasnolud, elf, człowiek i… smok?
Pierwszy tom Wollodrïna okazał się znakomitym komiksem fantasy dla miłośników choćby prozy Tolkiena. Praktycznie od pierwszego rozdziału zakochałem się w tym świecie, więc z niecierpliwością czekałem na kolejną część. Gdy tylko do mnie dotarła, od razu się do niej dorwałem i błyskawicznie ją przeczytałem, rozkoszując się każdą stroną. Już na samym początku tej recenzji chcę odsłonić wszystkie karty, bo nie zamierzam nikogo zwodzić. Dla mnie to jest komiks roku, mój numer jeden ze wszystkich pozycji wydanych do tej pory w tym roku. W sumie na tym mógłbym skończyć tę opinię, ale o tak dobrych powieściach graficznych trzeba rozmawiać, a ja mam całkiem sporo do opowiedzenia! Zatem wypunktujmy największe zalety tego tomu, a w gruncie rzeczy całej dziesięciorozdziałowej serii. Po pierwsze moje serce skradli bohaterowie, a konkretnie ich relacje i rozbudowane charaktery. Do tego mamy ich całą masę i każdy ma dość czasu, aby zabłysnąć. I co najważniejsze, wracają też postacie, które pojawiły się w pierwszym tomie, w tym mój ulubiony krasnolud-furiat, czyli Jokki. Za to z nowych bohaterów warto na pewno wspomnieć o Winhborze, młodym orku dręczonym przez koszmary senne. Praktycznie co noc przeżywa on na nowo śmierć swoich rodziców zabitych przez smoka. Aby w końcu uwolnić się od tych wspomnieć podejmuje ryzykowną decyzję, aby zapolować na gada! Jednakże najbardziej ujęła mnie postać antagonisty Nethenola. Doprawdy byłem przekonany, że autorzy pójdą po mniejszej linii oporu i główny zły okaże się kimś na miarę Saurona. Tymczasem Nethenol jest wyjątkowo niejednoznaczną postacią i wcale nie taką prostą w ocenie. Choć z jednej strony chciałbym go potępić choćby za to, czego się dopuścił względem niektórych bohaterów, ale z drugiej strony nie da się ukryć, że miał on swoje racje.

W drodze na kraniec świata
Świetnie napisane postacie to już połowa sukcesu, a drugą jest oczywiście dobrze pomyślana historia. W drugim tomie Wollodrïna podobnie jak w pierwszym mamy pozornie samodzielne opowieści. Pierwszy rozdział to kontynuacja losów młodego krasnoluda Tridika, a kolejne dwa poświęcone są orkowi Winhborowi. Jednak już w tej drugiej opowieści widać, że wszystkie te wątki od samego początku splatają się w jedną spójną całość. I dwa finałowe zeszyty zbierają praktycznie wszystkich bohaterów razem! Wtedy też zaczyna się jazda bez trzymanki, oraz okazuje się, że każdy, wprowadzony wcześniej element miał większy sens. Zaczęło się niewinnie od losów Tridika i tajemniczego elfa. Dzięki tej dwójce dowiedzieliśmy się sporo o konflikcie pomiędzy krasnoludami a elfami. Potem wraz z orkiem Winhborem rozpoczynamy polowanie na smoka i poznajemy historie zagłady smoczego rodu. Aby następnie pokazać, że wszystko to nie działo się bez powodu. Doprawdy doceniam, iż Chauvel tak zręcznie połączył wszystkie wątki. Po przeczytaniu całości mogę stwierdzić, że miał on od samego początku wszystko doskonale przemyślane. W tym wszystkim istotne też jest to, iż lektura tego komiksu nie pozostawia nas obojętnym wobec losów bohaterów i świata. Rzadko mi się to zdarza, ale w czasie lektury tomu drugiego kilkukrotnie się wzruszyłem, a nawet uroniłem łezkę. Chauvel potrafi zagrać na emocjach, choćby, dlatego że nie oszczędza swoich bohaterów, a śmierć tutaj czyha za każdym rogiem.

Kosmiczne elfy
Przy tak wybitnej pozycji aż nie chce mi się czepiać wydania, ale niestety muszę. Mianowicie nie rozumiem, dlaczego wydawca wybrał taką okładkę. Jest ona ładna, bardzo klimatyczna, ale dotyczy pierwszego tomu! Według mnie lepiej byłoby ukazać na przykład nowych bohaterów, którzy dopiero pojawiają się w tym woluminie. Poza tym, jak zawsze mamy do czynienia z solidnym wydaniem. Na końcu znalazło się nawet miejsce na dwie dwustronicowe piękne ilustracje oraz jedną stronę szkiców. Niewiele tych dodatków, ale lepszy rydz niż nic. Choć nie będę ukrywał, że chętnie zobaczyłbym więcej rysunków genialnego Lereculeya. Wszystko, dlatego, iż jego styl idealnie pasuje do heroicznej opowieści fantasy. Zwłaszcza doceniam szczegółowy wygląd postaci, a najbardziej ujął mnie projekt elfa, który bardziej przypomina przybysza z kosmosu niż takiego tolkienowskiego Legolasa. Natomiast sceny batalistyczne potrafią zaprzeć dech w piersiach. Z wielką przyjemnością nie raz jeszcze wrócę do niektórych kadrów!

Czy warto odkryć Wollodrïna?
Tak, jak już na początku wspomniałem, dla mnie ten komiks to ideał. Jestem wielkim miłośnikiem historii fantasy, a Wollodrïn to najdoskonalszy przedstawiciel tego gatunku spośród wszystkich powieści graficznych, jakie dane mi było poznać. Nie tylko wciągnąłem się w historię i utożsamiłem się z bohaterami, którym gorąco kibicowałem, ale nawet podczas lektury się wzruszyłem. Z wielkim żalem zamknąłem tom drugi, bo z jednej strony dalej miałem ochotę kontynuować tę przygodę, a jednocześnie zakończenie komiksu było w swym wydźwięku słodko-gorzkie. Jednakże tak wysoką ocenę wystawiam przede wszystkim ze względu na to, co autorzy zrobili z pozornie oklepanym motywem zemsty, a także z głównym antagonista całej serii. Spodziewałem się bardziej szablonowego rozwiązania, a tymczasem dostałem coś oryginalnego, zaskakującego i poruszającego. Polecam wszystkim sięgnąć po Wollodrïna. Ja jeszcze wielokrotnie będę wracał myślami do tej epickiej pod każdym względem historii!
