Ciężko mi pisać tę recenzję, bowiem targają mną silne emocje. Skończyła się pewna epoka, zaczyna się nowe, które najprawdopodobniej nie osiągnie tego, co dokonało stare. A nam, fanom i miłośnikom Jego twórczości, przyjdzie przełknąć tę gorzką pigułkę i funkcjonować dalej w zgodzie z ideałami wpojonymi nam przez niego. Beren i Luthien to nie jest zwykła książka, to pożegnanie, zmierzch czegoś, co stanowi dla mnie dużą część życia mnóstwo poświęconego wolnego czasu, chwil, które będę wspominał i odkrywał na nowo. Najprawdopodobniej to ostatnie dzieło sygnowane jakże rozpoznawalnym nazwiskiem: Tolkien. Ta recenzja ma charakter osobisty. To wyznanie fana, który pragnie uhonorować Mistrza i jego syna. Zapraszam.
Beren ‒ Mąż, Luthien ‒ Żona
Wydana na początku tego roku w Wielkiej Brytanii, a teraz w Polsce, pozycja poświęcona najsłynniejszej parze fantastyki, Berenowi i Luthien, stanowi swego rodzaju hołd Christophera Tolkiena dla swojego ojca i pożegnanie zarówno ze Śródziemiem, tudzież Legendarium, jaki i z życiem. To swoisty testament ojca i syna. W książce tej najmłodszy męski potomek Profesora prowadzi nas przez genezę i poszczególne stadia rozwoju tego niesamowitego mitu opowiadającego o związku śmiertelnego człowieka i nieśmiertelnej elfki oraz ich wyprawie po silmaril. Przytacza wszelkie dostępne wersje tej historii, od Zaginionych Opowieści po Silmarillion. Obcujemy w niej zarówno z prozą, jak i poezją. Wiele z tych tekstów ukazało się w Polsce po raz pierwszy. Na szczególną uwagę zasługuje obecność Ballady o Leithian, bodaj najbardziej niezwykłego dzieła, jakie popełnił Profesor. Nie ukazano jej tutaj w całości, ale w najważniejszych fragmentach połączonych tekstem z Quenta Noldorinwa. Świadomość, że ma się do czynienia z tak naprawdę magnum opus Mistrza, robi wrażenie. Opowieść o Berenie i Luthien ściśle łączy się z życiem i miłością Profesora. Pisałem o tym w innym artykule, tu tylko wspomnę, że to właśnie Edith, żona Johna, była pierwowzorem córki Thingola. Zresztą po jej śmierci Mistrz nakazał wyrzeźbić to miano na jej nagrobku. Kiedy i on odszedł, imię Berena pojawiło się na jego mogile. O tyle o ile fabuła całego utworu znacznie różni się od życia Profesora, to występują łączące je elementy, ale o tym, jak wspomniałem, dowiecie się z innego artykułu. Poprzez genezę wyprawy po Silmaril Christopher próbuje nam uświadomić, jak niezwykłym człowiekiem i pisarzem był jego ojciec. Wychodzi mu to znakomicie. Zestawienie obok siebie różnych wersji Opowieści o Berenie i Luthien daje nam wgląd w proces twórczy Mistrza, a także w jego osobowość. Komentarze syna zaś naprawdę świetnie dopełniają całości, sprawiają, że czytający ma świadomość zmian w opowieści oraz jej faktycznego brzmienia, a także rozumie ewolucję poszczególnych mian postaci, jak chociażby Saurona, który z Tevilda, księcia kotów, stał się Drugim Nieprzyjacielem.
Zmierzch epoki
Ciężko mi mówić cokolwiek na temat wrażeń, jakie wyniosłem z czytania tej jakże niesamowitej książki, bowiem kotłuje się we mnie tyle uczuć i myśli, że nie sposób tego uporządkować. Najgorsza jest świadomość, że ten utwór wieńczy pewną epokę, już na zawsze zawiera podwoje do magicznego świata Ardy. W Śródziemiu spędziłem kawał życia, a to zamknięcie okazało się za brutalne. Wyrwanie ze świata, z którym wiąże mnie więcej niż mogę napisać, spustoszyło moje serce. Owszem, zamierzam wracać do książek Mistrza, dyskutować i rozważać kolejne dylematy Ardy, ale nic już nie będzie takie samo. To zmierzch pewnej epoki, koniec ery, która dla wielu z nas nadal powinna trwać. Powiecie pewnie, że od śmierci Mistrza minęły czterdzieści cztery lata, a to, co teraz się wydaje, ma więcej z pióra syna niż z ojca, ale ja się z tym nie zgodzę. Christopher naprawdę świetnie kontynuował dzieło swego ojca. Jego praca, która pozwoliła nam zapoznać się z Silmarillionem i Historią Śródziemia, zasługuje na najwyższe uznanie. Dał czytelnikom wiele z tego, co mogłoby zaginąć i nikt by tego nawet nie ujrzał. A teraz odchodzi. Najpierw napisał tę książkę, a potem zrezygnował z zasiadania w prezydium Tolkien Estate. Po jego odejściu niemal natychmiast powtórnie sprzedano prawa do Władcy Pierścieni. Jak dla mnie, jest to ordynarny skok na kasę, spowodowany chciwością i niemożnością uszanowania Legendy. Za zasługi dla całych pokoleń Tolkienistów panu Christopherowi Tolkienowi należą się dozgonne podziękowania. Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że Profesor chce nam coś jeszcze przekazać, że to swego rodzaju epitafium ma nam na coś jeszcze otworzyć oczy, zanim jego dziedzic dołączy do niego. To niezwykłe, ale utwór ten posiada w sobie coś niesamowicie wręcz osobistego, stanowi swego rodzaju dialog między nami a Mistrzem i jego synem. Chciałoby się jeszcze więcej utworów zabierających nas na Ardę, ale to niestety pożegnanie i prawdopodobnie nie ukaże się już nic sygnowanego nazwiskiem Tolkien. Jest mi niezmiernie smutno z tego powodu. Czuję się wypalony i osamotniony. A mimo to odczuwam ogromną wdzięczność dla Christophera, że pomimo lat zdołał jeszcze napisać taką książkę. Dziękuję.
Graficzne epitafium
Poza niesamowicie osobistym i niezwykłym tekstem, utwór ten posiada zniewalającą oprawę graficzną, za którą odpowiada sam Alan Lee ‒ najlepszy w moim odczuciu ilustrator książek Tolkiena. Jego obrazy są naprawdę wymowne i nadają jeszcze większego patosu temu obłędnemu dziełu. To najprawdopodobniej hołd artysty dla Mistrza i podziękowanie za lata spędzone w Śródziemiu. Oczywiście na osobne podziękowania zasługuje też całe wydawnictwo Prószyński i S-ka wraz z tłumaczami. Praca, którą włożyli w tę książkę, wydaje się naprawdę ogromna. Raz, że tekst Ballady o Leithian nie dość, że został świetnie przetłumaczony, to jeszcze zamieszczony również w oryginale. Dwa, że nie uświadczyłem żadnych literówek i chochlików drukarskich. I trzy, że wydano tę książkę na świetnym papierze i w twardej oprawie, która doskonale komponuje się z poprzednimi utworami Tolkiena od tego wydawnictwa.
Spędziłem na Ardzie kawał życia. Pamiętam większość, jeśli nie wszystkie, najważniejsze postaci z Legendarium oraz wydarzenia, w których brały udział. Potrafię godzinami dywagować na najróżniejsze tolkienowskie tematy, a mimo to brak mi słów, by jakoś tą książkę podsumować. Nie jestem w stanie napisać nic sensownego niż krótkie: dziękuję, Panie Profesorze, za te wszystkie lata, podczas których poznawałem tajniki naprawdę niezwykłego świata. Dziękuję też Christopherowi Tolkienowi za tytaniczną pracę włożoną w to, by dziedzictwo jego ojca nie zginęło. Dziękuję, chociaż ze smutkiem, za tę ostatnią książkę. Powrót do Śródziemia był naprawdę ożywczy, ale cieniem na przyjemności płynącej z lektury kładła się świadomość końca pewnej epoki. Podczas czytania pod recenzję nie miałem możliwości rozkoszowania się w pełni kunsztem Profesora, więc zaraz wracam na ścieżki Ardy, by wespół z Berenem, Luthien i Huanem próbować wyrwać Silmaril z korony Morgotha.
Na zakończenie chciałbym gorąco polecić każdemu tę książkę. Nawet tym, którzy z twórczością Mistrza nie mieli wcześniej styczności. Warto ją przeczytać, chociażby w hołdzie dla tej niezwykłej postaci, jaką był Profesor.
Przepraszam za to, że książka stanowi tutaj tło do prywatnych rozważań, ale tak jak pisałem, to moje uhonorowanie niezwykłego pisarza i jego syna. Ma to wymiar osobisty, a wszystko to, co znajdziecie powyżej, wzbudził we mnie ten właśnie utwór.
Zapraszam was zatem do lektury i wyprawy na ścieżki Ardy.
Łyżka dziegciu.
Historia Beren i Luthien pozostanie wspaniałą, nieśmiertelną historią dwójki kochanków. Jednak przenoszenie tego na małżeństwo Tolkienów jest sporym nadużyciem. Jeśli ktoś dokładnie przestudiował biografię Tolkiena to musi wiedzieć, że to było trudne małżeństwo, na co wskazuje choćby kilka dobrze udokumentowanych faktów:
– Edith po związaniu się z Tolkienem jako nastolatka (potajemne spotkania poza okiem księdza-opiekuna, etc, etc) zaręczyła się następnie z innym mężczyzną, gdy Tolkien wylądował na froncie (to jest bardzo wymowne i smutne, naprawdę). Tolkien wybłagał ją jednak, żeby zmieniła decyzję – w końcu się zgodziła;
– Tolkien wymusił na Edith zmianę wiary – została papierową katoliczką i nigdy się z tym nie pogodziła. Nie chodziła z Tolkienem regularnie na msze (tylko od święta), krytykowała Kościół Katolicki, prowadzili nieustannie spory na ten temat;
– Czuła się wyobcowana w Oxfordzie i nie uczestniczyła w życiu towarzyskim Tolkiena, cierpiąc na kompleks niższości; Tolkien jakoś nic z tym nie zrobił, Edith zawsze była na drugim planie (to zostawała z dziećmi na kilka lat, gdy Tolkien przeniósł się do Leeds) i nie miała nic do powiedzenie (gdy np. wracali z powrotem do Oxfordu, mimo, że w Leeds Edith czuła się świetnie – także w kontekście życia towarzyskiego);
– Bardzo szybko w ich małżeństwie zagościły osobne sypialnie (pretekstem było to, że Tolkien pracował do późna);
Dopisanie Beren i Luthien pod nazwiskami jest urocze, ale nie oddaje całej prawdy.
Wszystko dobrze poza jednym. Kiedy Profesor wylądował w okopach był już zaręczony z Edith. Zakaz ojca Morgana trwał do 21. roku życia. Wtedy się oświadczył i niejako rzeczywiście wymógł na Edith rezygnację z ówczesnego narzeczonego, za którego chciała ją wydać rodzina. Ślub wzięli niemal zaraz po powrocie Johna do Anglii, po ranie spod Sommy.