Avengers nie mają czasu na odpoczynek. Nowym zagrożeniem okazuje się grupa złoczyńców z alternatywnych rzeczywistości, chcących zniszczyć całe wymiary. Czy superbohaterowie sprostają tak ogromnemu wyzwaniu?
Czy to manga?
Avengers: Łowcy śmierci to album składający się z kilku odrębnych historii, z których najważniejsza kontynuuje główny wątek drużyny Najpotężniejszych Ziemskich Bohaterów. Po wydarzeniach związanych z Feniksem do zespołu dołączają Echo, Walkiria i Namor, a w tle rozwija się osobisty kryzys Thora, który nie potrafi pogodzić się z prawdą o swoim pochodzeniu. Brzmi jak podbudowa pod silny dramat i rozwój postaci? Niestety, Jason Aaron ponownie sięga po swoją ulubioną technikę – przeskoki między wątkami. Niektóre porzuca bez zamknięcia, inne wprowadza bez uprzedzenia. To największy mankament serii – chaos narracyjny. Nawet uważny czytelnik może się w tym pogubić. Dodatkowo problemem pozostaje przesyt postaci – jak na tak krótki tom, jest ich po prostu za dużo. Bohaterowie pojawiają się i znikają bez konkretnego celu, nie mają przestrzeni na interakcje ani momenty, które pozwalałyby nam się z nimi zżyć.
Tym razem scenarzysta wraca do rozwijanego marginalnie wątku Mephisto, który – przy wsparciu Multiwersalnych Mistrzów Zła (nazwa jak z mangi, prawda?) – sprowadza na Ziemię-616 nowe zagrożenie. Główna oś fabularna koncentruje się więc na walce z międzywymiarowymi najeźdźcami. Relacji między postaciami jest jak na lekarstwo – jedynie Thor i Echo dostają chwilę na nawiązanie więzi. Reszta to efektowna, lecz pusta akcja. W przeciwieństwie do poprzednich tomów, tym razem skala konfliktu sięga całego multiwersum. I tu pojawia się nowy problem: gwałtowne, często niewytłumaczone „upgrade’y” bohaterów. Gdy złoczyńcy są absurdalnie potężni, Avengers nagle odkrywają w sobie ukryte moce – nowe formy, super-ekstra-ataki, przemiany rodem z shōnen anime. Wizualnie to robi wrażenie, ale brakuje temu głębi – fabuła traci na znaczeniu, a walka przestaje być środkiem, stając się celem samym w sobie.
Dalsza część albumu zawiera trzy krótsze opowieści. Pierwsza, o Nighthawku, powiela niestety dotychczasowe problemy – postać wraca po dłuższej nieobecności, ale zamiast rozwoju charakteru dostajemy sekwencję akcji i przegląd mocy. Brakuje czasu, by coś o nim powiedzieć.
Zdecydowanie lepiej wypada historia Jane Foster. Aaron zwalnia tu tempo, pozwalając bohaterce zmierzyć się nie tylko z przeciwnikami, ale też własnymi traumami, chorobą i psychicznym cierpieniem. To emocjonalnie dojrzała i przemyślana opowieść, przypominająca, dlaczego Jane zasłużyła na miejsce w składzie Mścicieli.
Na koniec wracamy do Prehistorycznych Avengers – dobrze znanego, ale nadal świeżego pomysłu. Tym razem poznajemy kulisy narodzin Thora, co ciekawie dopełnia jego współczesny konflikt tożsamościowy. Ten epizod wyróżnia się klarownością i konsekwencją – Aaron pokazuje, że potrafi snuć opowieść z dyscypliną i wyczuciem, gdy tylko da sobie na to przestrzeń. Gdyby cała seria była prowadzona w ten sposób, byłaby znacznie bardziej spójna.

Kiedyś to było!
Za oprawę graficzną odpowiadają głównie Juan Frigeri i Javier Garron. Tego drugiego fani serii powinni już kojarzyć – rysował trzy poprzednie tomy, zbierając słuszne pochwały. I tym razem nie zawodzi. Obaj artyści tworzą dynamiczny, barwny album z dbałością o szczegóły w planie pierwszym i drugim.
Najważniejsze jednak, że potrafią nadążyć za akcją i pokazać ją w sposób klarowny. Nawet najbardziej absurdalne „superciosy” wyglądają groźnie i widowiskowo. Mam wrażenie, że mimo fabularnego chaosu, rysownicy potrafią go częściowo ujarzmić – dzięki nim komiks jest łatwiejszy w odbiorze. Szkoda tylko, że nie pokusili się o odważniejsze zabiegi stylistyczne – ale to już drobne czepialstwo.
Duże wyróżnienie należy się Kevowi Walkerowi, który zilustrował historię Avengers 1,000,000 BC — zdecydowanie najbardziej oryginalny i wizualnie odmienny fragment albumu. Jego kreska przypomina pracę kredkami, nadając całości niemal malarski, organiczny charakter, który wyróżnia się na tle typowej komiksowej estetyki Marvela. Walker wprowadza nas w pierwotny świat Prehistorycznych Avengers z naturalistycznym, surowym klimatem, który świetnie podkreśla mistyczny i legendarny charakter tych opowieści. Ta artystyczna odmiana to powiew świeżości, pokazujący, że nawet w ramach superbohaterskiego mainstreamu można zaproponować coś naprawdę nieoczywistego. Walker z powodzeniem oddaje monumentalność i epickość mitologicznych wydarzeń, przywołując na myśl ilustracje legend i baśni.

Do 10 razy sztuka?
Egmont jak zwykle nie zawodzi – wydanie stoi na wysokim poziomie. Papier jest gruby, druk wyraźny, a całość solidnie oprawiona. Na plus zasługuje także krótkie wprowadzenie oraz prezentacja głównych bohaterów na pierwszej stronie – pomocne i estetyczne.
Avengers: Łowcy śmierci to album pełen widowiskowych starć, przesadnej akcji czy fabularnych niekonsekwencji, które mogą zniechęcić mniej cierpliwych odbiorców. Jason Aaron nie zwalnia tempa i konsekwentnie stawia na dynamikę kosztem spójności. Mimo to, dzięki kilku udanym wątkom jak również świetnej oprawie graficznej, komiks broni się jako efektowna superbohaterska rozrywka.
