*Tytuł tej latynoskiej piosenki (Będzie tak, że mnie nie kochasz), która pojawia się w najnowszej produkcji od Warner Bros. Discovery i DC, może być zamiennikiem nazwy najnowszego filmu. Dlaczego? Bo ten film jest naprawdę dobry, a jednak nie osiągnie dobrych wyników w boxofficie.
Kolejny Iron Man rozpoczyna uniwersum
Słyszeliście o Blue Beetle? Pewnie większość z was nie za bardzo. Dla mnie najlepszą produkcją, która do tej pory zaadaptowała przygody tego mało popularnego superbohatera był drugi sezon Ligi Młodych. Przedstawił nam on genezę mocy chrząszcza oraz zagrożenie, jakie wiązało się z planetą, z której pochodził.
Widzom należało jednak przedstawić wszystko od początku. I choć nie było miejsca na rozwijanie całej genezy od Dana Garreta, to mimo wszystko DC Studios postarało się o szybkie podsumowanie w napisach początkowych, gdzie w kilku obrazach przedstawiona została historia drugiego najpopularniejszego niebieskiego owada – Teda Korda. Tym samym film nie jest normalnym origin story, choć na jego barkach ciąży wprowadzenie do nowego filmowego wszechświata DC tworzonego przez Jamesa Gunna.
W tym tytule twórcy skupiają się na ostatniej komiksowej inkarnacji Blue Beetle’a – Jaime Reyesie. Co najlepsze, ten film nie odchodząc od głównego wątku, wplata wiele smaczków z przestrzeni, w której egzystują Batman oraz Superman. Fani zauważa znaną franszyzę hamburgerową – Big Belly Burger, a nawet odwołanie do zgniłego miasta (Jaime jest świeżo upieczonym absolwentem prawniczego kierunku na Uniwersytecie w Gotham, na co wskazuje nam jego bluza),poza tym produkcja mocno trzyma się tradycji latynoskiej. Nie zapomniano też o domu Jaime, którym w komiksie jest miasto El Paso w stanie Teksas. Tym razem akcja dzieje się w Palmera City, jednakże hacjenda rodziny Reyesów znajduje się przy ulicy El Paso. Nie zabrakło też nawiązań do innych tworów popkultury jak choćby filmu Mortal Kombati słynnego: „Get Over Here”.
Oczywiście jest to film amerykański, jednak duży nacisk położono na latynoamerykańskość. Jest ona widoczna praktycznie na każdym kroku. Wielopokoleniowa rodzina, głośna, rozbawiona, a jednocześnie mieszająca angielski z latynoską odmianą hiszpańskiego, rzucająca na lewo i prawo pendejo, gdy ktoś ich zdenerwuje. Co prawda jest to wszystko lekko podrasowane przez amerykańską wizję, jaką tworzy Hollywood, niemniej jednak faktycznie można uznać, że Jaime Reyes jest pierwszym pełnokrwistym latynoskim superbohaterem w kinowym uniwersum DC.

Fragment trailera filmu „Blue Beetle” od Warner Bros.
Poczujcie się jak na rajskiej wyspie
Wschodząca gwiazda Xolo Maridueña świetnie odnajduje się w roli. Dzięki niemu główny bohater jest nie tylko zdeterminowanym, o gorącej krwi Latynosem, ale przede wszystkim młodzieńcem, który musi po studiach zmierzyć się z dorosłym światem, gdzie nie tylko brak środków do życia dla jego rodziny to problem, ale przede wszystkim globalny pokój. Kolejną istotną postacią w tym filmie jest Jenny Kord (Bruna Marquezine), która wplątuje Jaime w całą machinę problemów. Bruna Marquezine nie tylko wykreowała damę w potrzebie, którą możemy oglądać w każdym trykociarskim filmie, ale przede wszystkim partnerkę z krwi i kości niczym Lois Lane.
Najsłabiej według mnie wypada zła podżegaczka wojenna – Victoria Kord (Susan Sarandon). Oczywiście jej motywy w filmie są zrozumiałe, ale nieco naciągane, bo ileż razy widzieliśmy złola, któremu zależało tylko na pieniądzach. Z kolei akompaniujący jej na ekranie Conrad Carapax (Raoul Trujillo) nie jest może wybitnie gadatliwy, jednakże jego historia porusza za serce i ukazuje chyba największy problem naszych czasów – neokolonializm, jaki stosują wielkie imperia światowe wobec biedniejszych krajów.
Zabawa nie byłaby w połowie tak dobra, gdyby nie muzyka. Liczne utwory z lat 80., jak i 90. potrafią zrobić odpowiedni klimat w określonym momencie filmu. Od starcia ze złolami po luźne rozmowy między bohaterami.
Trochę Marvel, trochę DC
Trzeba zwrócić też uwagę na naprawdę dobre CGI. Efekty specjalne, strój głównego bohatera, oraz antagonisty tak bardzo nie kolą nas w oczy, jak to, co miejscami widzieliśmy w The Flash. Sam film naprawdę jest przyjemny, zachowując przy tym miejscami mrok DC, a wykorzystując pogodne dowcipy rodzinne i muzykę niczym tytuły z pierwszych faz Marvel Cinematic Universe.
Generalnie Blue Beetle to bardzo dobry letni blockbuster, ale z pewnością nikogo nie powali na kolana nowatorskimi rozwiązaniami, bo ich po prostu w tym obrazie nie ma. Potrafi jednak zaciekawić widza i zapewnić mu rozrywkę przez cały czas trwania seansu, zapewniając rollercoaster emocji.
Za możliwość obejrzenia filmu Blue Beetle dziękujemy sieci kin Cinema City!