Reżyser Niewidzialnego człowieka przedstawił na nowo kolejną znaną postać Universala. Wolf Man w wykonaniu Leigha Whannella to próba realistycznego przedstawienia klątwy wilkołactwa. W wielkim skrócie – mamy rodzinę, potwora oraz pustą chatkę po środku wielkiej dziczy. Szkoda tylko, że zabrakło tytułowego wilkołaka.
Ikona horroru
Na ekranach kin ponownie zagościła jedna z największych ikon kina grozy. The Wolf Man Universala zadebiutował na srebrnym ekranie w 1941 roku. Główny koncept opierał się na dramacie poczciwego mężczyzny mimowolnie przemieniającego się w dziką, pozbawioną wszelkich skrupułów bestię o znamionach wilka. Do dzisiaj film George’a Waggnera jest uważany za klasyk amerykańskiej kinematografii. W 2010 roku pojawił się remake w reżyserii Joe Johnstona, który nie spotkał się z aprobatą ani widzów, ani krytyków. Wydawało się, że nikt już nie podejmie się próby odświeżenia tak respektowanego tytułu. W dużej mierze tak się właśnie stało. Leigh Whannell wyreżyserował obraz przedstawiający w bardziej realistycznym świetle postać tak zwanego człowieka-wilka.
Wilkołak nowej generacji…
Leight Whannell nie jest nikim nowym w świecie horroru. Współpracując ściśle z Jamesem Wanem na stołku reżyserskim, napisał scenariusz kultowej Piły. Z czasem pokazał również co potrafi w roli reżysera filmów o podobnym klimacie – Naznaczony: rozdział 3 i Ulepszenie. Duży sukces przyniosła mu uwspółcześniona wersja Niewidzialnego człowieka, jednego z klasycznych obrazów Universala. Tym razem wpleciono w fabułę elementy związane z rozwojem nowych technologii i przemocą domową. Bardziej przyziemne podejście do tak fantastycznej postaci spotkało się z pozytywnym odbiorem ze strony zarówno widzów, jak i krytyków. Dlaczego więc nie zastosować podobnej formuły w przypadku innego popularnego monstrum?
Typowemu wilkołakowi zazwyczaj towarzyszą – nieokiełznana zwierzęcość i niekontrolowana przemiana. Ze świecą szukać tutaj innych cech, wydawałoby się istotnych dla tego rodzaju potwora. Nowy film odważnie reinterpretuje pochodzenie choroby. Właśnie, choroba to słowo klucz, jeśli chodzi o bardziej realistyczne podejście reżysera i scenarzystów do filmu. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju wirusa, powodującego zdziczenie na poziomie fizycznym i intelektualnym. Nie jest ani trochę zasugerowany udział sił nadnaturalnych. Transformacja następuje stopniowo, w ciągu jednej nocy, bez udziału pełni księżyca, tradycyjnie niebywale istotnej dla całego procesu. Niewątpliwym plusem jest ukazanie zmieniającej się percepcji zarażonego. Zmysły wzroku i słuchu ulegają znacznemu wyostrzeniu, co dzieję się równolegle z pogarszającymi się funkcjami poznawczymi. W połączeniu z groteskowymi zmianami fizycznymi, jak wysunięte pazury i kły, obraz człowieka podupadającego na zdrowiu stanowi świetną pożywkę dla koneserów body horroru. Wielbiciele Muchy Davida Kronenberga, Zagadki Nieśmiertlelności Tony’ego Scotta oraz Substancji Coralie Fargeat będą wręcz zachwyceni widokiem praktycznych efektów deformacji ludzkiego ciała.
…ale nie do końca?
W trakcie seansu brakowało jednak pewnego istotnego elementu. Fabuła kręci się wokół mężczyzny zmieniającego się w zdziczałego zabójcę o groteskowym wyglądzie. Wilk nawet symbolicznie nie bierze udziału w przemianie bohatera. W takim razie, czy bardziej adekwatny nie powinien być np. tytuł Wild Man? Whannell tak bardzo zapędził się w realistycznym oddaniu mitu wilkołactwa, że zapomniał wprowadzić najbardziej podstawowy element kojarzony z postacią człowieka-wilka, czyli wilka. Co prawda na samym początku filmu jest wspomniane w formie prologu, że rdzenni Amerykanie ochrzcili chorobę mianem Face Of The Wolf. Problem polega na tym, że informacja nigdy nie pada w trakcie głównej fabuły z udziałem zarażonego i reszty rodziny.
Wygląd tytułowego potwora nie zwala z nóg. Wynika to z samego konceptu filmu, jakim ma być silenie się na przesadny realizm. W konsekwencji stwór przypomina bardziej wyliniałego dzikusa niż wilkołaka, na domiar złego ulegającego powolnemu rozkładowi. Niezbyt przyjemny to widok. Fani takich klasyków jak Dog Soldiers Neila Marshalla lub Amerykański wilkołak w Londynie Johna Landisa, w których potwora wyraźnie upodobniono do wilka, mogą nie być zbytnio zachwyceni z obranego przez twórców kierunku kreatywnego.
Niewykorzystany wątek obyczajowy
W tle ciągnie się wątek rodzinny, który nie jest zbyt ciekawie rozwinięty. Usiłuje się nam przekazać pewną życiową prawdę, ale przez niedopracowany scenariusz idea kompletnie nie wybrzmiewa. Motyw trudnego wychowania, który jest co rusz wspominany w trakcie filmu, nie pokrywa się sensownie z głównym wątkiem fabularnym. Pomysł może i był dobry, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.
Słaba reinterpretacja
Niestety, próba urealnienia mitu o klasycznym potworze nie zachwyca. Niedopracowany scenariusz i nie do końca trafione pomysły sprawiły, że Wolf Man w reżyserii Leigha Whannella wypada blado, szczególnie w kontekście jego poprzedniego filmu Niewidzialny człowiek.
Może gdyby dopieszczono nieco charakterystykę postaci, fabuła stałaby się lepiej przyswajalna dla widza. Zamiast tego dostaliśmy obraz z niewykorzystanym potencjałem, który mocno kuleje pod względem tematycznym i charakterologicznym.
Film cierpi również przez brak wnikliwej analizy przypadłości, z którą zmaga się nasz protagonista. Możliwe pochodzenie choroby zostaje na krótko wspomniane we wstępie, po czym temat nie wraca w żadnych innych okolicznościach. Trudno w takiej sytuacji kupić nową wersję klasycznego konceptu człowieka zamieniającego się w wilkopodobną bestię. Koncept sam w sobie jest zbyt świeży, by od tak go pozostawiać bez jakiejkolwiek refleksji.
Coś nie zawyło
Intencje były dobre, ale finalna prezentacja zawiodła. Widz otrzymał niepełny obraz wizji reżysera i scenarzystów, działając w ten sposób ze szkodą dla kolejnych projektów tego typu. Wolf Man ani nie zachęci fanów oryginalnego filmu, ani innych produkcji z wilkołakami na czele. Tylko ze względu na nietypowe podejście, w tym ciekawe pomysły i efekty praktyczne, warto zapoznać się z nowym dziełem Whannella.
Za możliwość obejrzenia filmu dziękujemy sieci kin Cinema City.