Wszystkiego za dużo
I to dosłownie. Mamy tutaj takie zagęszczenie bohaterów, że ciężko czasem powiązać pewne wątki. Co prawda, fajnie, że swoje pięć minut ma Green Arrow (czego w pierwszym tomie nie dało się odczuć), Nightwinga jest mniej, za to pojawiają się dwa Swamp Thingi (rzadki widok dla polskiego czytelnika, zwłaszcza że to bardziej znany jest Alec Holland, a nie młody Levi Kamal), ale za to w sumie zmarnowano potencjał złoczyńców. I na dodatek, gdzieś w całej historii ginie nam stary Potwór z Bagien…
To taki skrót do tego, o czym jest cały ten tom. O wszystkim i niestety o niczym. Śledzimy dalsze losy członków Ligi Sprawiedliwości i nowego pokolenia w tym odrodzonych Tytanów, którzy przygotowują się do ostatecznej rozgrywki, a w zasadzie bitwy niczym Avengersi na ekranie, a to wszystko ma doprowadzić do nowego cyklu, jakim jest wydawany w Ameryce „Dawn of DC”.
Co wypadło jeszcze źle?
W sumie to wszystko. W tomie poprzednim Ziemia straciła najważniejszych przeciwników, a na okładce ponad wszystkich wystawały największe złole… a teraz jednak to jakby wszystko zostało zaprzepaszczone.
To, co miało być ciekawym eventem komiksowym, w sumie jest w 50% i lekko na samym końcu, a tak to w sumie nic. Brakuje też pewnego mrocznego i nieprzewidywalnego zaskoczenia w stylu DC, jak na tak duży natłok brutalności. A pojedynek między Nightwingiem a Deathstrokiem to symbol walki starego złego ładu z tym nowym… Niezbyt to tak wygląda.
Całość ratują rysunki, które są na takim samym poziomie jak w pierwszym tomie, a ponadto nie przytłaczają chaosem na planszy. Główna historia została zilustrowana przez Daniela Sampere’a, który stara się używać sporej, żywej palety kolorów, dostarczonej przez Alejandro Sancheza. Podsumowując, pierwszy tom mimo swoich wad jest o wiele lepszy niż tom drugi, a cały event nie jest najgorszy, ale nie przebije pierwszych kryzysów w świecie DC, ani słynnego Flashpointu.