Tim Sale i Jeph Loeb są doskonale znani wśród fanów superbohaterów – stworzyli wiele kultowych dzieł. Zatem czy możliwe jest, aby powinęła im się noga przy pisaniu kontynuacji genialnego Długiego Halloween?
Batman znowu leci
Przecież byłem zachwycony Długim Halloween. Pomimo kilku zgrzytów, bawiłem się wyśmienicie, śledząc poczynania Batmana. Uwielbiam też kreskę Tima Sale’a. Zatem jakim cudem w kontynuacji wspomnianego komiksu, czyli Mrocznym Zwycięstwie coś zdecydowanie nie… „pykło”? O czym zatem jest ta powieść obrazkowa? O mordercy policjantów, któremu nadano pseudonim Wisielec, bo zawsze wiesza swoje ofiary i zostawia karteczkę z zabawą w dziecięcą grę – wisielca. Z jednej strony wątek jest ciekawy, ale nie da się umknąć przed poczuciem pewnej wtórności. W Długim Halloween też mieliśmy nieuchwytnego mordercę Holiday’a. Mordował on mafiosów w święta i oczywiście Wisielec też to robi w świąteczne dni. Powoduje to, że znów mamy do czynienia z dzieleniem rozdziałów na daty. Tylko tym razem nie jest to już oryginalny zabieg i na dodatek, jakoś niespecjalne (przynajmniej według mnie) to działa.
Debiut Cudownego Chłopca
Pomówmy jeszcze o kolejnym sporym rozczarowaniu. To właśnie w Mrocznym Zwycięstwie Tim Sale i Jeph Loeb wprowadzają na scenę pierwszego Robina. Byłem bardzo ciekawy, jak przedstawią genezę najsłynniejszego pomocnika Mrocznego Rycerza. Ale niestety jak dla mnie, ten wątek został potraktowany po macoszemu. Nie było tu w zasadzie większego budowania relacji, wszystko odbyło się błyskawicznie i nijako. Trening Robina w większości odbywał się poza kadrami i finał, gdy ma okazję się w końcu wykazać, jest mocno rozczarowujący. Dodajmy do tego bandę dziwolągów, czyli ikonicznych wrogów Batmana. Już w Długim Halloween miałem poczucie, że niektórzy byli kompletnie niepotrzebni. Tutaj według mnie jest gorzej. Nawet Joker nie ma żadnej ciekawej sceny (spokojnie można byłoby go wyciąć). Jedynie wykazuje się tutaj Two-Face, choć pewnym zgrzytem jest fakt, że czekał wiele miesięcy na realizację swojego planu, a tak naprawdę mógł zacząć działać, o wiele wcześniej.
Upadek Mrocznego Rycerza?
No i tak psioczę na Mroczne Zwycięstwo, ale nie da się ukryć, że czyta się to mimo wszystko bardzo dobrze. Ja połknąłem całość w jeden dzień. Za sprawą dobrze poprowadzonego wątku rodziny Falcone. W połączeniu z Długim Halloween możemy obserwować upadek tej mafijnej rodziny i to jest bardzo ciekawie poprowadzone. Kolejną sprawą jest tożsamość Wisielca. Do samego końca nie miałem pojęcia, kto nim jest, a w finale wszystkie detale połączyły się w logiczną układankę. No i najważniejszy punkt programu, czyli niesamowite rysunki Tima Sale’a. Podobają mi się te zdumiewające braki proporcji. W tym tomie wielkość szczęki i zębów Jokera już kompletnie mnie zszokowała! Bardzo lubię tę kreskę i jednocześnie to, że rysownik nie stara się w żadnym razie odzwierciedlić rzeczywistości. W Mrocznym Zwycięstwie znajdziemy na końcu kilka ciekawych dodatków. Najlepszy jest oczywiście wywiad z Jephem Loebem, ale i szkice okładek prezentują się ładnie. Do wydania nie mam większych zastrzeżeń, poza tym, że nie podoba mi się wygląd okładek w serii DC Deluxe.
Czy warto kontynuować przygodę z Jephem Loebem?
Nie będę ukrywał, że Mroczne Zwycięstwo mnie rozczarowało. Po świetnym Długim Halloween dostaliśmy komiks wtórny i schematyczny, w którym ewidentnie zabrakło czasu na lepsze wprowadzenie postaci Robina. Jednocześnie jest to klasyczny, przyzwoity komiks o Batmanie, który przede wszystkim prowadzi śledztwo (jak na Najlepszego Detektywa na świecie bardzo słabo mu to idzie) oraz bije się z całą masą dziwolągów. Dla fanów Gacka, to na pewno pozycja obowiązkowa. Dla mnie jednak jest to przyzwoity średniak, niegodny, aby stać obok świetnego Długiego Halloween – wielka szkoda. Niemniej ze względu na kontynuacje wątków mafijnej rodziny Falcone, warto sięgnąć po Mroczne Zwycięstwo.