Czasy się zmieniają, a galaktyka nie potrzebuje już bohaterów. Teraz potrzebuje superbohaterów! Zwłaszcza obecnie kiedy los całego wszechświata jest zagrożony. Kult ognia próbuje przywrócić do życia prastarą istotę, która czarami pragnie zaprowadzić „nowy porządek”. Czy naprawdę szykuje się nam ostatnia anihilacja?
Jesteśmy superbohaterami!
Strażnicy Galaktyki. Ostatnia anihilacja to komiks, w którym naprawdę bardzo dużo się dzieje i to już od samego początku. Stolica sojuszu Kree i Skrulli zostaje zaatakowana, a na wezwanie Imperatora Hulklinga odpowiadają Strażnicy Galaktyki. Szybko okazuje się jednak, że problem, przed jakim stają nasi bohaterowie jest o wiele poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Do tego stopnia, że w obliczu nadchodzącego zagrożenia Starlord przekonuje Dooma, żeby dołączył do drużyny (i pomyśleć, że kiedyś byłem zdziwiony, że Iron Man był jednym z „kosmicznych Avengers”).
Strażnicy rozszerzyli swoją działalność nie tylko o nowych, ale i o starych superbohaterów. Przybywa Herkules, a także Nova, czyli Richard Rider – właściwie wszyscy, których znamy, zostali w to w jakiś sposób zaangażowani. Nic dziwnego, skoro najpierw z pustej przestrzeni pomiędzy galaktykami pojawiają się Progenitorzy, a następnie do naszego wszechświata zostaje przywołana nowa mroczna istota. Żywa planeta Ego służy jedynie jako skorupa dla demona, prawdziwego niebezpieczeństwa. Wymaga to ogromnej współpracy w komiksowym uniwersum Marvela, dlatego swoją pomoc oferują m.in. X-Men.
Podobało mi się jak Al Ewing w tle wojny totalnej próbował przedstawić bardziej skomplikowane szczegóły relacji nowego zespołu Strażników z innymi głównymi kosmicznymi bytami. Wszyscy muszą skoordynować swoje działania, zaufać sobie nawzajem i odkładać niesnaski na bok, a nie jest to łatwe kiedy dawni wrogowie muszą stać się sprzymierzeńcami, dopóki pradawne zło nie zostanie pokonane. Jak na crossover przystało, wiele wątków musi rozwijać się równolegle. Jednak za scenariusz odpowiada kilku autorów, ale do tego jeszcze wrócimy…
Barwy komicznej próżni
Porozmawiajmy teraz o szacie graficznej, bo jest na co popatrzeć. Chociaż w poprzednich tomach za rysunki odpowiadał Juann Cabal, dzięki któremu dostaliśmy prawdopodobnie jedne z najbardziej interesujących stylistycznie komiksów o superbohaterach od dłuższego czasu, to jego miejsce zajął tym razem ktoś inny. W zasadzie miejsce mistrza zajęło kilku rysowników, jednak lwią część komiksu narysował Juan Frigeri, którego styl, z pewnością nie idealny, to jednak dobrze wpasował się kosmiczną historię Domu Pomysłów. Jego rysunki ułatwiają śledzenie narracji i są na poziomie, którego oczekiwałbym od każdego komiksu Marvela. Jasne, są artyści, którzy pokazali, że można to robić jeszcze lepiej, ale nie jest to takie proste. Frigeri wydaje się być najlepszy, kiedy pokazuję coś w szerszej skali – rysuje świetnego Dormammu, który połączył się z Ego, aby zyskać jeszcze większą moc niż kiedykolwiek. Uwierzcie, nie ma nic lepszego, niż płonąca głowa w kosmosie!
Jednakże mimo tego, że Argentyński rysownik spełnia swoje zadanie, a jego styl dobrze komponuje się z kolorami, to nie pamiętam żadnych wyróżniających się scen. Z drugiej strony przynajmniej wszyscy wyglądają inaczej (np. Rider bez hełmu nie wygląda jak Star-Lord), dzięki czemu nie sposób zgubić się w szczegółach. Ogólnie wszyscy artyści zaangażowani w 3 tom (Stefano Caselli, Bob Quinn, Jan Bazaldua i Germán Peralta) dobrze rysują ogrom postaci na każdym panelu, oddając ich emocje i motywacje, a to nie łatwe przy tak dużym projekcie. Najlepiej wypada chyba Stefano Caselli odpowiadający za zeszyt S.W.O.R.D. #7.
Czy to na pewno ostatnia anihilacja?
Ostatni tom Strażników Galaktyki to w zasadzie miniwydarzenie stawiające cały wszechświat przeciwko potędze Dormammu. Bardzo dobry scenariusz Ewinga wprowadza wszystkie jego postacie (i kilka nowych, jak Doktor Doom) do walki i zapewnia, że historia wydaje się epicka w swoim rozmachu, chociaż momentami zbyt krótka. No ale wspominałem, że za scenariusz odpowiada kilku autorów, bo oprócz głównej fabuły znalazło się miejsce na, powiedzmy, poboczne historie takie jak powrót Cable, czy Galaktyczna Wakanda (Evan Narcisse) i opowieść o byłych Młodych Avengersach oraz obecnej parze królewskiej Imperium Kree/Skrulli, Hulklingu i Wiccan (Anthony Oliveira). Wszystkie dobrze opowiedziane i chociaż nie każda z nich była moim zdaniem potrzebna, to jednak w ogólnym rozrachunku pomagały rozwinąć całe wydarzenie.
Teraz przyszedł czas na… czepialstwo, bo chociaż dzieje się tu mnóstwo rzeczy, to jednak wydaje mi się, że nigdy nie poświęca się im należytej uwagi. Wprowadzenie Dr Dooma i Magneto mogłoby być ekscytujące, a Dormammu mógłby stać się nowym pożeraczem światów, ale tak szybko zostało to zamiecione pod dywan, że dostajemy idealny przykład historii, mającej duży potencjał, który jednak nie zostaje dostatecznie wykorzystany. Mam też wrażenie, że drużyna stała się teraz trochę zbyt potężna. Starlord jest zasadniczo bogiem, także mamy już ich dwóch, licząc Herkulesa. Dodatkowo każdy ze Strażników ma wręcz boskie zdolności, więc trzeba wymyślić jakieś kombinacje złoczyńców, jak Dormammu używający głowy Ego do zrobienia czegoś międzywymiarowego, żeby stawka była odpowiednia i to po prostu wymyka się autorom spod kontroli.
Ponadto mam problem z tytułem, bo niby dlaczego to miałoby być „Ostatnią Anihilacją”? Czyżby chciano nam dać do zrozumienia, że nie będą próbować zrobić tego ponownie? Come on, przecież to Marvel – tutaj zawsze, prędzej czy później, światu znowu zagrozi jakieś niebezpieczeństwo. No ale ogólnie rzecz biorąc, to była bardzo dobra kosmiczna opowieść z wieloma postaciami i grafiką stojącą na wysokim poziomie, której udało się połączyć historie Strażników Galaktyki, międzygwiezdnego imperium Wakandy i fakt, że mutanci z Krakoa są teraz graczem na arenie międzyplanetarnej, a być może nawet międzygalaktycznej. Dlatego mimo zakończenia chciałbym jeszcze zobaczyć naszych kosmicznych superbohaterów (być może już w innym składzie) oraz poznać dalsze plany Doktora Dooma.