Luther Strode to debiut komiksowy Justina Jordana, autora raczej nieznanego w Polsce. Czy warto poznać historię tytułowego herosa rozpisaną na prawie pięciuset stronach?
Rzeź, rzeź i jeszcze raz rzeź
Luther Strode wydaje się typowym komiksem superbohaterskim. Poznajemy tytułowego bohatera, który dzięki podręcznikowi pt. „Metoda Herkulesa” zyskuje nadludzkie zdolności. I postanawia walczyć z przestępczością, co nie do końca mu na początku wychodzi. Tylko jest tu jeden element, który powoduje, że odbiega on znacznie od wyobrażenia na temat komiksu superbohaterskiego. Mianowicie bohater na kadrach robi prawdziwą rzeź. I nie jest, jak Punisher czy Deadpool, bo Luther Strode dosłownie rozrywa wrogów na strzępy, morduje przeciwników ich własnymi kończynami, a także zgniata ich na miazgę. Jest to chyba najbrutalniejszy komiks, jaki do tej pory czytałem. I choć w pierwszym momencie nadmiar krwawych szczegółów mnie odrzucił, tak z każdą kolejną stroną coraz bardziej wsiąkałem w tę opowieść. Niestety tak było mniej więcej do końca pierwszego rozdziału. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie czuję tu już za bardzo fabuły, nie interesuje mnie ona i jest raczej pretekstem do urządzania krwawej rzezi! Koniec końców bawiłem się nawet dobrze, ale poza hektolitrami krwi i flakami niewiele więcej jest tu do zapamiętania.
Mięso jest piękne
Fabuła jest pretekstem jedynie do walki, a bohaterowie potrzebni są tu jedynie po to, aby się napierdzielać ze sobą. Choć trzeba przyznać, że czuć chemię, jaka zrodziła się między Lutherem, a jego dziewczyną. W każdym razie skoro wszystko jest jedynie pretekstem do rzezi, to musi choć dobrze wyglądać, prawda? I faktycznie, warstwa graficzna zachwyca – największa zaleta tego komiksu. Starcia są niezwykle epickie i widowiskowe, z przyjemnością śledzi się ruchy wojowników. Szczególnie niesamowicie prezentują się rozkładówki. Jeśli ktoś uwielbia brutalne pojedynki w stylu Mortal Kombat, myślę, że będzie zachwycony tą pozycją. Co do wydania, ciężko mi ocenić wersję elektroniczną, ale doceniam bogatą zwartość dodatkową w postaci galerii okładek, intrygujących reklam kolejnych rozdziałów Luthera Strode’a czy też szkiców postaci.
Czy warto zostać rzeźnikiem?
Luther Strode jest komiksem, który potrafi zmęczyć. Gdyby zamiast trzech rozdziałów był tylko jeden, chyba miałbym pozytywniejsze odczucia. Walki są co prawda niezwykle epickie i widowiskowe, ale jednocześnie idziemy od jednego starcia do drugiego, aż po finalnego bossa. Z którym walka wypada najgorzej! Jakoś zabrakło mi epickości w tym pojedynku. Ostatecznie cóż jestem nawet skłonny polecić ten komiks dla miłośników akcji i czystej nawalanki. Można przyjemnie się odmóżdżyć przy tej pozycji, ja jednak szukam czegoś ambitniejszego i oryginalniejszego – z tego powodu dla mnie Luther Strode to ostatecznie taki słaby średniak.