Hejka, ludziska, to ja, Deadpool, a właściwie Wade Wilson, ale o tym sza. Jakby się inni dowiedzieli, to miałbym kłopoty. Nie znaczy, że nie siedzą mi na karku obecnie, ale te nazywałyby się Slade Wilson i posiadały ksywkę Deathstroke. Porąbany kawalarz, nie dość, że ukradł mi nazwisko, to jeszcze kostium i pseudo podobne. Różnica między nami taka, że on dostaje rozkazy od DC, a mnie czasem wynajmuje Marvel. I nie, nie jesteśmy rodziną. Jakbym miał takiego krewnego, to dałbym mu małą kanapkę z ołowiem do zjedzenia. Ale o czym to ja miałem? A tak, najwcześniejsze przygody. Moja sława zaczęła się w 1990 od małego konfliktu z Cablem, kiedy jeszcze pracowałem dla tej *#3%! Tollivera. Wróciłem wtedy do niego pocztą. Potem miałem parę zatargów z Juggernautem (nie wiem czemu, ale przypomina mi on trochę Molocha) i Czarnym Tomem oraz z miłym gościem o cudownym imieniu Slayback, którego zabiłem parę lat temu. Oczywiście przy moim boku stał dzielny, wierny i niezastąpiony Weasel. Tyle razy, co on, to nikt nie ratował mojego tyłka. Gdzieś tam w tle przewijała się też moja ex, Vanessa, oraz ruda piękność Siren, córka pewnego Irlandczyka o superksywce Banshee. Na koniec zaś spotkałem starego druha Sasquatcha. Najchętniej bym go ogolił z tego futra, no ale cóż. Ten incydent zresztą był słaby. Żadnej porządnej rozwałki, tylko głupie uratowanie świata. Też coś. Już żucie gumy jest ciekawsze. A co było dalej? Może kiedyś wam opowiem, ale nie dziś. Zwłaszcza, że ten grafoman jakoś tak patrzy się na mnie z byka. Niby przywiązałem go drutem do krzesła i jestem grzeczny, ale może ma mi za złe to podbite oko i knebel z brudnych skarpet? Bo ja wiem. Także lecę. Narka ludziska.
No, poszedł. Teraz moja kolei. Opowiem wam dla odmiany o swoich wrażeniach po przeczytaniu komiksu oraz o jego oprawie graficznej, bo o fabule chyba pan Pool już napisał co trzeba. Album został wydany w twardej okładce na dobrej jakości papierze. Kreska rysunków wewnątrz jest niezła i nie odrzuca po latach, chociaż pierwsza historia trąci myszką. Ogółem wypada to porządnie. Oby dalsze części też takie były. Co do moich odczuć, to ubawiłem się setnie. Humor wylewał się momentami w takich ilościach, że doznałem skurczów mięśni twarzy. Najbardziej w pamięć zapadła mi scena, w której Weasel wraz z Kane’em aktywowali jednostkę Adam, co walnie przyczyniło się do pokonania Slaybacka. Chciałbym więcej takich akcji.
Podsumowując, pierwszy tom przygód Deadpoola wypada bardzo dobrze. Akcja jest wartka i nie zmusza nas do zbytniego wysiłku przy zrozumieniu meandrów uniwersum Marvela. Jak zwykle, wadą okazuje się cena. Dziewięćdziesiąt złotych za jedną godzinę frajdy to za dużo. Mimo to, jest to pozycja warta uwagi i posiadania w swoich zbiorach.