Dwudziesty tom Baśni, zatytułowany Camelot, zawiera zeszyty 130–140 serii. Na otwarcie zaserwowano czytelnikowi Junebug, gdzie bohaterką okazuje się mała, wścibska córka Rodneya i June, odkrywająca niebezpieczne sekrety baśniogrodzkiego zamku. Dalej następuje sześć części głównego story arc. Zamknięcie całości stanowią Korzeń i gałąź – historia wyraźnie dowodząca, że Dżepetto wcale nie zrezygnował z ciemnych machinacji – oraz Chłopaki z zespołu, najbardziej poboczna opowieść tomu, odkrywająca szczegóły walki Różyczki i jej kompanów z Baobhan Sith, królową wiedźm, która po upadku Imperium postanowiła wykroić sobie własną domenę w Stronach Rodzinnych.
Co jednak z wątkiem głównym? Bigby został roztrzaskany w drobny mak i, jak to się mówi, nie rokuje nadziei na rychłą poprawę. Róża Czerwona postanawia wreszcie stać się paladynem nadziei i emisariuszem drugiej szansy: zakłada bardzo szczególny zakon rycerski, który trochę niekontrolowanie zaczyna przypominać dawny Camelot. Śnieżka, na skraju wyczerpania emocjonalnego, znów chowa się głębiej w swoją skorupę zimnej, silnej kobiety; wkrótce poważnie poróżni się z siostrą – śmiertelnie poważnie. Pani Spratt tymczasem… przepraszam, panna Duglas… Jak by to ująć? O, może w ten sposób, parafrazą: uroczyście przysięgam, że ona knuje coś niedobrego. Tak niedobrego, że włoski stają dęba.
Bill Willingham przyzwyczaił swoich fanów do zręcznego, żeby nie powiedzieć: misternego konstruowania fabuły, za co nieustająco i szczerze go podziwiam. To jeden z tych twórców, który potrafi myśleć długofalowo: wydarzenia z wcześniejszych epizodów serii potrafią odbijać się czkawką jeszcze na długo po tym, kiedy doszło do ich, wydawałoby się, pełnego zamknięcia i oddzielenia grubą kreską. Nie inaczej rzecz ma się w Camelocie. Autor powoli nakreśla sytuację, scena po scenie, postać po postaci. Czytelnik sumuje w głowie informacje i ogarnia go uczucie nadchodzącej zguby. Nagle zaczyna zwracać uwagę na szczegóły, które pomijał przez wcześniejszych dziewiętnaście tomów. Na przykład, że tak zacytuję Jezioro: Wy naprawdę nie wiecie, kim była wasza [Śnieżki i Róży Czerwonej – przyp. AJ] matka, prawda?
Maestria w dozowaniu informacji i konstruowaniu fabuły to jedno; umiejętne granie na czytelniczych sentymentach to drugie. Nie chcę zdradzać za wiele, ale w Camelocie zupełnie niespodziewanie pojawia się na krótko kilku bohaterów, za którymi być może (jak ja) zdążyliście nieco zatęsknić. Nie obejdzie się zatem bez wzruszeń.
Camelot stoi na bardzo wysokim poziomie graficznym (chciałoby się napisać: jak zwykle). To tom, w którym wszyscy rysownicy spisali się na medal i praca żadnego z nich nie budzi moich zastrzeżeń. Główny story arc rozrysował weteran serii, Mark Buckingham. Junebug zilustrowali Barry Kitson i Gary Erskine, Korzeń i gałąź – Russ Braun, a Chłopaków z zespołu – Steve Leialoha. Wszyscy posługują się realistyczną kreską, wyjąwszy może Leialohę i jego swobodniejszy, lecz nie mniej urzekający styl. I choć brakuje mi onirycznych okładek Jamesa Jeana, muszę przyznać, że i tu (liczni!) rysownicy odwalili dobrą robotę: oko szczególnie przykuwa okładka główna Daniela Dos Santos oraz te autorstwa Nimita Malavii, bogate w szczegóły i wykorzystujące niezwykłe palety kolorów.
Historia lubi się powtarzać, głosi napis na czwartej stronie okładki, i jest to wyjątkowo złowróżbne stwierdzenie. Dwudziesty tom Baśni należy do tych, które przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi. Czy bohaterom uda się przechytrzyć fatum i prawa opowieści, czy może jednak powtórzą stare błędy? Są przecież uzależnieni zarówno od wpływów przeznaczenia, jak i od własnych słabości, a jednak – paradoksalnie – zachowują wolną wolę i koniec końców pozostają kowalami własnego, nomen omen, losu…