Wojna, która pierwotnie zaczęła się na odległej planecie Cybertron, teraz toczy się na Ziemi. Wystarczyła zaledwie mała iskra, by ponownie rozpalić trwający od wieków konflikt między Autobotami a Deceptikonami. Teraz jednak na planszy pojawia się nowy gracz – ludzie. Co mogą zrobić w obliczu istot z kosmosu? Czy los Ziemi jest już przesądzony?
Będę chronić całą Ziemię!
Historia przestawiona w Zamaskowanych robotach jest wystarczająco prosta i nie jest niczym nowym w kontekście mediów związanych z Transformerami – odwieczny konflikt Autobotów i Deceptikonów przenosi się na naszą planetę i tym samym zaczyna dotyczyć również ludzi. Dobra, dobra, dobra… w sumie to nie wierzę, że mogłoby kiedykolwiek paść to pytanie, ale gdyby jednak jakimś cudem, ktoś nie wiedział, czym są „Transformers”, to wspomnę, że są to gigantyczne roboty, które mogą przybierać inne formy, takie jak pojazdy i zwierzęta. Na swojej rodzimej planecie Cybertron te dobre Autoboty i złe Deceptikony toczą wojnę od stuleci. Z czasem wojna przenosi się dalej w kosmos i w końcu statek kosmiczny Arka rozbija się na Ziemi, co pociąga za sobą lawinę starć, ofiar oraz nowych sojuszy.
Odpowiedzialny za scenariusz Daniel Warren Johnson czerpie inspirację z oryginalnej kreskówki z lat 80., biorąc to, co już znane i lubiane, ale umieszczając w nowej i logicznej dla dzisiejszej publiczności odsłonie. W przeciwieństwie do bycia historią nastolatka i jego pierwszego samochodu (tak, panie Michael Bay, patrzę na pana), nowy komiks opowiada nam o relacji między Spike’iem Witwicky i jego ojcem, który nie tylko zmaga się z PTSD, ale także ze stratą swojego pierworodnego syna. Oczywiście dostajemy nie tylko to, bo tak samo ważna, jeśli nie ważniejsza, jest historia samych robotów z kosmosu i ich relacji ze sobą oraz z innymi ludźmi.
Autoboty dowodzone przez Optimusa Prime’a, starają się dostosować do świata, który nie jest całkowicie metalowy, więc muszą bardziej uważać, aby nie nadepnąć na którykolwiek z organizmów dominujących na planecie. I tutaj właśnie dochodzimy do prawdopodobnie największej zmiany względem poprzednich odsłon przygód Transformerów. Bo musicie wiedzieć, że ta wersja jest o wiele brutalniejsza – mamy więc sceny, w których Starscream miażdży w dłoniach bezbronnego człowieka, lub Prime rozdeptuje przypadkowo jelonka. Takich przykładów jest o wiele więcej, ale wydaje się, że nie zostały one wplecione w historię dla zwykłego szokowania czytelnika, a raczej dla podkreślenia mroczniejszego tonu fabuły. Osoby, które jednak obawiają się trochę zbyt poważnego podejścia do tematu, pragnę uspokoić, bo całość równoważona jest przez nieustającą akcję i okazjonalne żarty bohaterów.
Najpierw wyklepiemy, a potem pomalujemy
Daniel Warren Johnson nie tylko pisze, ale i rysuje, i to jeszcze jak… Z jego twórczością miałem okazję zapoznać się już wcześniej, choćby przy recenzowanym przeze mnie komiksie Z całej pety!, który, nawiasem mówiąc, szczerze polecam (nie tylko fanom wrestlingu). Już wtedy wspominałem, że mam pewne obawy co do stylu graficznego autora, jednak stosunkowo szybko zmieniłem zdanie. W przypadku Zamaskowanych robotów wiedziałem już od początku, na co się piszę i nie zawiodłem się.
Wszystkie Transformery wyglądały niesamowicie, szczególnie Optimus (już sama okładka zapowiada, że będzie dobrze). Ponieważ cała franczyza opiera się na tym, że roboty przybierają postać ziemskich, i nie tylko, pojazdów to kreska w pełni to oddaje. Artyście udaje się zachować klasyczną estetykę projektów Transformerów, wrzucając ich w sekwencje akcji, w których części ciał robotów zostają wysadzone lub rozerwane, co skutkuje ich odbudową – przykładowo Optimus przyczepia sobie prawe ramię Megatrona, wyposażone w jego kultowe działo. Pomimo mnóstwa ruchu i akcji, wszystko jest jednak przejrzyste. Postacie dobrze wyrażają emocje, mimo że wiele z nich nie ma prawdziwej twarzy. Podobnie jest w przypadku ludzi, których mimika świetnie wyraża to, co w danej chwili czują. Oczywiście styl Johnsona jest nieco szorstki, jednak idealnie pasuje do ponurego tonu tego komiksu.
Tylko cała ta wspaniała kreska nie wybrzmiałaby tak mocno bez odpowiedniego doboru kolorów. Na szczęście tym zajął się Mike Spicer, który pracował już przy poprzednich komiksach tego autora. Barwy bardzo dobrze oddają mieszankę poobijanego metalu, uszkodzonego lakieru, krwi i ziemi, nadając całości, jakże potrzebnego, realizmu.
To jeszcze nie koniec
Transformers. Zamaskowane roboty to opowieść, w której żadna ze stron nie ma wyraźnej przewagi nad drugą i obie wciąż rzucają sobie coraz większe wyzwanie, więc czytelnik może obserwować, jak pokonują jedną przeszkodę za drugą. To właśnie konflikt jest siłą napędową tej historii! Daniel Warren Johnson traktuje zarówno roboty, jak i postacie ludzkie ze współczuciem i daje im serce, przez co każda kolejna strona po prostu wciąga i nie pozwala oderwać się choćby na moment. Scenariusz został tak poprowadzony, że nie przytłacza mnogością terminów czy kolejnych bohaterów, jednocześnie pozwala wejść na scenę postaciom mniej znanym, takim jak np. Cliffjumper, mniejszy Autobot, który zaprzyjaźnia się z Carly. Johnson potrafi bowiem pisać odrębne, zapadające w pamięć postaci, co naprawdę pomaga każdej historii, a szczególnie komiksom wprowadzającym czytelnika w nowy świat.
Od strony graficznej również jest bardzo dobrze – mamy całą masę fajnych scen transformacji robotów i ich pojedynków. Widać, że Johnson jest fanem wrestlingu i wykorzystuje ruchy zapaśnicze w scenach walki, np. wprowadzenie Optimusa, który uderza Starscreamem. Z kolei dzięki kolorom Mike’a, swoista furia poszarpanej stali jest wyczuwalna w każdym panelu. Docenić muszę również wykorzystanie przez artystów efektów dźwiękowych, a szczególnie rozprysków krwi – to wręcz czuć! Odrzucać może jedynie brutalizm, chociaż myślę, że jest to uzasadnione. Autor podejmuje próbę pokazania słabości ludzkości w starciu z najeźdźcami z kosmosu, kontrastując to z empatią Optimusa Prime’a do organicznych istot.
Wydaje mi się jednak, że prawdziwy, problemem jest to, jak strasznie jednowymiarowe są złowrogie Deceptikony. Już na samym początku Starscream zabija kultowego Autobota, a następnie kontynuuje swój morderczy plan, zabijając inne postacie, podczas gdy najsłynniejsza zaraz po Optimusie postać, czyli Megatron, jest niemal całkowicie poza opowiadaną historią (na jednej stronie możemy zobaczyć, co się z nim dzieje). Wydaje się też, że akcja czasem za bardzo pędzi na złamanie karku – kiedy już dostajemy momenty budowania postaci, te są często przerywane szybkimi sekwencjami akcji. Ale kto wie? Może kolejne tomy trochę zwolnią?
A no właśnie, bo nie wspomniałem o jednej kwestii, która wydaje się dosyć istotna. Chodzi o to, że Tom 1 Zamaskowane roboty jest jednym z wielu komiksów wchodzących do Uniwersum Energonu, które łączy nie tylko serię Transformers, ale też GI Joe, oraz nowe Void Rivals. Powoduje to, że na łamach kolejnych tytułów spotykać się będą postacie z różnych światów. Czy sprawi to, że do zrozumienia historii wielkich robotów trzeba będzie sięgać również po inne komiksy? Cóż, czas pokaże, ale najprawdopodobniej dużo jeszcze przed nami!