Na drugi tom Wiecznych czekałem z utęsknieniem, tym bardziej że w międzyczasie wyjechałem na wakacje, a komiks leżał u mnie w miejscowości na poczcie. Fenomenalna pierwsza część sprawiła, iż świadomość tak długiego wyczekiwania na kontynuację stała się wprost nie do wytrzymania. Po drodze była rzecz jasna dość dobra Wojna Robinów, ale to zakończenie historii Matki stanowiło numer jeden na mojej liście premier. Czy się nie zawiodłem? Zapraszam do recenzji.
Ku tajemnicy Matki
Jak zapewne pamiętacie, w pierwszym tomie przybliżono nam starą sprawę Batmana i Robina (Dicka Graysona), która miała drugie dno. Okazało się, że potencjalnie proste śledztwo powiązane ze Scarecrowem doprowadziło Mrocznego Rycerza do tajemniczej Matki. Reperkusje właśnie tamtych wydarzeń dane nam było obserwować w pierwszym tomie. Co najważniejsze, Dick Grayson nie wiedział nic o Matce do czasu, gdy po zniknięciu Batmana tajemnicza Cassandra Cain oddała mu pliki z zawartością przypominającą tamte wydarzenia. W drugim tomie fabuła rozkręca się jeszcze bardziej. Czterej Robini, wraz z sojusznikami, usiłują powstrzymać Matkę przed realizacją jej szalonych planów. Na swojej drodze poza zwykłymi przeciwnikami muszą pokonać nie tylko zwątpienie we własne siły, ale i upadek zaufania do innych.
Od dziś: I am Robin!
Nie skłamię, pisząc, że drugi tom pobił część pierwszą na głowę. Akcja jest jeszcze bardziej mroczna, a postacie jeszcze wyrazistsze. Na szczególną uwagę zasługują tutaj Cassandra i Bluebird. To zmianę ich charakteru dane nam będzie obserwować. Ważnym elementem jest też rozwianie wątpliwości, które narosły po pewnym epizodzie z poprzedniej części. Odnajdujemy tutaj odpowiedź na pytanie czy Batman zabił. Nie jest ona jednak tak jednoznaczna, jakby się mogło wydawać. Spotykamy jeszcze nieodrodnego syna Batmana, Damiana Wayne’a. Jego przybycie na czymś (chyba wielkim, włochatym, czworonożnym nietoperzu) i zmotywowanie pozostałych Robinów do działania stanowi jeden z najlepszych akcentów w całej opowieści. Do tego mamy też masę innych bohaterów, z których najjaśniej świeci gwiazda Midnightera i jego scena walki rozpoczęta od takiego lekko psychodelicznego „No cześć!”.
Komiks? Nie, to graficzne arcydzieło
Graficznie to znowu cudo najwyższej jakości. Rysownicy wynajęci przez Tyniona i Snydera to jak dla mnie jedni z najlepszych w branży. Żadna plansza nie jest dodana na siłę. Wszystko idealnie pasuje i emanuje wręcz namacalnym mrokiem. Autorzy postarali się, by nawet drobne rysunki były realistyczne i dynamiczne. Ta część w niczym nie ustępuje poprzedniczce. Wydana w twardej oprawie, na świetnej jakości papierze i z obłędną grafiką na okładce pokazuje, że Egmont zna się na rzeczy.
Podsumowując, obok całej serii Wieczni nie można przejść obojętnie. Jest to arcydzieło zarówno pod względem graficznym, jak i fabularnym. Paradoksalnie brak Mrocznego Rycerza jako głównego bohatera stanowi największy atut pozycji. Musicie, po prostu musicie się z tym zapoznać, zważywszy że to koniec New 52. Gorąco polecam.