Minusy od samego początku
Nieco rozczarowała mnie już sama okładka, choć oczywiście układem i grafiką odpowiada poprzedniczkom. Każda miała jednak coś charakterystycznego dla siebie – na przykład inny kolor liter tytułu oraz nazwiska autora. Czekając na Kamyk, zastanawiałem się, jaką barwą upiększona okładka zostanie upiększona tym razem (Gwiazdy miały zielony, Prądy niebieski). Okazało się, że sequel praktycznie nie różni się od poprzedniczek kolorystycznie. Jakby nie prezentował sobą nic nowego, nic wartego uwagi. To był dla mnie pierwszy minus. Pozostając przy kwestiach technicznych, w książce natrafiłem na parę literówek, co w poprzednich wydaniach nie miało miejsca. Później wady były już w samej treści.
Niewypał
Powieść zaczyna się, jak zawsze u Asimova, dość ciekawie. Ponownie doświadczamy losów bohaterów niezwiązanych z poprzednimi częściami. Autor po raz kolejny snuje zupełnie nową opowie… No nie do końca. W treści pojawia się znane już czytelnikom Prądów Imperium oraz jego serce – planeta Trantor. Czyli jednak otoczka przestrzenna ma odzwierciedlenie, podczas gdy Gwiazd z Prądami nie łączyło zupełnie nic. Zatem prawie zupełnie nowa opowieść skupia się wokół rodzinnej planety ludzkości. W niewyjaśnionych okolicznościach Ziemianin z czasów nam współczesnych zostaje przeniesiony setki lat w przyszłość. Ot tak. W wyniku jakiegoś eksperymentu. Asimov szczędzi o nim szczegółów. Nie wiemy, kto za nim stał i dlaczego. Puf! Stało się. Zero jakichkolwiek wyjaśnień. O wspomnianym eksperymencie nie dowiadujemy się nic aż do samego końca powieści, a szkoda. Nie tego się spodziewałem po autorze pokroju Lema.
Zmarnowany potencjał
Dalej śledzimy poczynania bohatera w całkowicie nowym otoczeniu. Czytamy, jak próbuje się on odnaleźć w sytuacji i miejscu, do któregotrafił. Po drodze spotyka bezbarwne i pozbawione charakteru postaci z jednym wyjątkiem. Protagonistę ciężko polubić a wszyscy bohaterowie są jakby niższego sortu, co sprawia, że dialogi czy opowiadania postaci pobocznych są dość nudnawe. Miejscami nawet męczące. Czytelnik czeka aż rozpocznie się akcja, której w tej powieści jest jak na lekarstwo. Sprawia to wszystko wrażenie, jakby autor nie do końca miał pomysł na tę powieść. Przerwawszy lekturę, ciężko się do niej wraca.
Plusy dodatnie
Ciekawe robi się niestety dopiero pod sam koniec historii, kiedy to Asimov wraca w swoim starym, dobrym stylu, gdzie faktycznie ciężko oderwać się od nawet słabiej zarysowanej historii. Plejada mało znaczących postaci zacieśnia się do czworga bohaterów w centrum akcji. Dopiero wtedy można czerpać frajdę z czytania porównywalną z poprzednimi częściami. Autorowi trzeba jednak oddać to, że pomimo powyższych wad, Kamykcechuje znany nam już wysoki rejestr językowy, z wyszukanym i ciekawym słownictwem. A samo prowadzenie przez fabułę jest gęsto przetykane wywodami naukowymi. Warstwa stricte językowa jako jedyna pozostaje na wysokim poziomie. Wśród pozytywów należy wymienić jeszcze czcionkę oraz papier. Warto zauważyć również, że książka nie zamyka się po położeniu jej na płasko.
Tylko i aż
Całość historii prezentuje się dość miałko, wręcz słabo w porównaniu z poprzednimi dokonaniami Asimova. Pomysł na główne wydarzenia jest według mnie najsłabszy. Autor musiał miejscami wspierać się elementami nadprzyrodzonymi, które wyniknęły z ekstremalnie szybkiego rozwoju bohatera, dzięki czemu założenie mocno straciło na wiarygodności. Zupełnie jakby książka tworzona była na siłę.