Okładka o przeciwniku grupy G.I. Joe – czyli specjalnych żołnierzy amerykańskich (choć samo G.I. Joe oznaczało amerykańskich żołnierzy podczas II wojny światowej) wydała się najbardziej ekscytująca. Cóż, takie połączenie Marvela, Gwiezdnych wojen i Slytherinu. Plus jeszcze czegoś, co skupiło moją uwagę. I okazało się strzałem w dziesiątkę.
Koleś – wąż
W 2024 roku Skybound i Image Comics wydały świetne uzupełnienia tworzonego wielkie projektu jakim jest Energno Universe, stworzone przez uznanego twórcę komiksów głównie ze stajni DC – Joshue Williamsona. Fabuła tego komiksu, który wraz z Duke stanowi jeden instalment wspólny. Cóż, zarysowana intryga, nowy design Cobra Commander oraz jego motywacje okazują się mocno przekonujące. Dodajmy jeszcze do tego brutalność, jakiej zabawki Hasbro nigdy nam nie zafundowały – no chyba, że Michael Bay w swoich filmach o Transformerach.
Legendarny przeciwnik, który został zmutowany przez węże, ale nie jest jeszcze bardzo przerażający, nosi fedorę, maskę lustrzaną i jest cholernie odporny, okazuje się być kimś, kto może nieźle namieszać w całej galaktyce. Jak na postać niezwykle złożoną, jego motywacje również takie są. Pragnie władzy, ale jest uwikłany w wewnętrzne konflikty w swoim świecie Kobra-La. Gdy odkrywa energię znaną jako Energon pragnie ją zdobyć, niby dla swojej planety, lecz gdy zostaje zdradzony i uznany przez swoich – czyli pradawną cywilizację za zdrajcę i oszołoma, jeszcze bardziej angażuje się w walkę brutalną i bezwzględną. Dodatkowo sprzymierza się z innymi złymi znanymi z historii o Conradzie Hauserze. Tworzy się czwarty front na Ziemi?
Motywem przewodnim Energon Universe są Roboty z Cybertornu? I gdzie one są? Otóż są i to pojawiają się najdłużej z powstałych trzech tytułów i nie muszę dodawać kto znajduje się w świecie Kobra-La, a raczej kto został uwięziony. Ktoś bardzo podobny do naszego głównego bohatera. A nagrania tego robota sprawią, że wywoła to kolejną wojnę we wszechświecie, lecz tym razem Transformery będą miały za wroga kogoś bardziej zaawansowanego niż zwykli ludzie.
Całość zyskuje dzięki oszałamiającej oprawie graficznej, która potrafi być czasem bajkowa, a czasem przypominać najlepsze tytuły superbohaterskie z pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku. Szczególnie zapada w pamięć sposób, w jaki Andrea Milana ukazuje przemoc – a w Cobra Commander jest jej naprawdę sporo. Krew leje się strumieniami, ale jest to przedstawione w sposób groteskowy i mocno obrazowy, a wyraziste, fantastyczne kolory perfekcyjnie dopełniają całą wizualną warstwę komiksu, przypominając, że jesteśmy wciąż w świecie realnym, okraszonym dużą dawką sci-fi i trochę fantasy.
Dyktator, zabójca, szpieg, naukowiec czy władca?
Cobra Commander to nie tylko historia złoczyńcy, ale również głęboka refleksja nad naturą władzy, jej uzależniającym i degenerującym wpływem. Główny bohater, początkowo przeciętny człowiek, zostaje pochłonięty przez swoje ambicje, co prowadzi go do tyranii i czynów, które wstrząsają światem. Jego technokratyczna wizja władzy sprawia, że staje się on dyktatorem, który nie służy ludzkości, lecz dąży do jej całkowitej dominacji.
Motyw Energonu, będącego zarówno siłą twórczą, jak i destrukcyjną, wprowadza dodatkowy wymiar do fabuły. Staje się on symbolem technologicznej mocy, ale także zagrożeniem wynikającym z jej nieodpowiedzialnego używania. Historia ta ukazuje, jak brak etycznych hamulców w dążeniu do władzy może prowadzić do moralnej i społecznej katastrofy.
Całe wydanie może przypominać Duke’a, którego też przyszło mi recenzować, a chociaż cała historia będąc bardziej złożoną i mroczną, jest lepsza, to wydanie jest ciut gorsze, zabrakło jakiegoś smaczku jak epilog u poprzednika, który pokazałby i podsumował zawiłość sytuacji.