Gdy Król Artur eksperymentuje w zamku Camelot, próbując powiększyć swoją armię, na scenie pojawia się nowy gracz. Niegdyś przyjaciel zdobywcy Excalibura, dziś knuje własną intrygę. Czas ożywić kolejny stary, angielski mit – tym razem Beowulf i Grendel! Czy drugi tom Raz i na zawsze jest przynajmniej tak dobry jak pierwszy? Przekonajmy się.
Przecież to tylko poemat
Ostatnim razem Duncan i Bridgette powstrzymali nieumarłego Artura przed zdobyciem Graala, jednak król Brytów wcale nie zrezygnował ze swoich planów oczyszczenia Wielkiej Brytanii i przejęcia władzy. Nasi bohaterzy, nieumyślnie zmieniając opowieść o słynnym królu, umożliwili pojawienie się nowych legend i postaci, które przyniosą światu nowe kłopoty. Kieron Gillen w Staroangielskim stawia swoich bohaterów przed postaciami żywcem (dosłownie) wyciągniętymi z eposu o Beowulfie, najstarszego dzieła literatury staroangielskiej, co tłumaczy pomysł na tytuł. To też pokazuje, że chociaż historia zaczęła się od legend arturiańskich, to autor zamierza rozszerzyć ją na inne legendarne światy i oby był to zaledwie początek, bo potencjał jest ogromny.
Jeśli chodzi o główne trio, Duncan nadal jest trochę fajtłapowaty, ale powoli akceptuje swoją rolę pogromcy potworów. Bridgette, hmm… no ona akurat nie zmieniła się ani trochę, także jeśli podobało wam się, jak sypała w poprzednim tomie kąśliwymi uwagami i pełnymi ironii żartami, to tutaj jest tego jeszcze więcej. Jest tą samą sarkastyczną, nastawioną na akcję siedemdziesięciolatką i nadal widać u niej zamiłowanie do rozwiązywania problemów za pomocą broni dużego kalibru (jestem prawie pewien, że jedna scena wywoła uśmiech na twarzach fanów Martwego Zła, ale do tego jeszcze wrócimy). A Rose? Wciąż nie rozwinęła skrzydeł i wydaje się gorszą wersją Wyroczni z uniwersum Mrocznego Rycerza, ale prawdopodobnie dostanie swoje pięć minut i nie będzie tylko wsparciem dla Duncana. Jednak jeśli o to chodzi, pewnie przekonamy się o tym w trzecim tomie.
Chyba będzie trzeba użyć mopa
To, co wyróżnia Staroangielski, to szata graficzna. Dan Mora popisuje się swoim talentem i przynajmniej w kilku miejscach pokazuje doskonałe wyczucie tempa, gdy postacie skaczą, lecą w powietrzu czy wykonują uniki. Jego kreska jest niesamowita i jedyne, czego się obawiam, to to, że nigdy nie przestanę się nim zachwycać. Wierzcie lub nie, ale rysunki, które wyszły spod jego ręki, ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Poprzednim razem wskazywałem na bardzo dobrze wykonane postacie ludzkie, ale tym razem dostaliśmy więcej potworów i po ich wyglądzie, postawie oraz mimice od razu można wyczuć te emocje.
Ciężko mi ocenić co jest lepsze – to czy te dynamiczne sceny. Jedno jest jednak pewne, nie robiłoby to takiego wrażenia, gdyby nie Tamra Bonvillain i jej kolory. Artystka również wykonała kawał świetnej roboty i jeśli myśleliście, że tom pierwszy był krwawy, to poczekajcie, aż zobaczycie ten wspaniały obraz szaleństwa. Moment, w którym nasza zadziorna babcia dzierży w dłoniach piłę łańcuchową, stając naprzeciwko ogromnej bestii i jest pokryta krwią od stóp do głów… nie umiem tego przekazać, więc powiem, że to trochę tak, jak z obrazami Salvadora Dalego – to trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć.
Chyba dopiero w tym tomie zwróciłem większą uwagę na znaczenie koloru w fabule. Projekty postaci i ich barwy naprawdę dodają im dodatkowej głębi np. włosy Duncana, zieleń Artura, złoto Galahada, czy czerwień Merlina. Kolor jednak to nie tylko bohaterowie, ale też scenografia i znowu jest na czym zawiesić oko, bo jasnofioletowe niebo mieniące się blaskiem, nadaje całości nieziemski klimat.
Znowu ujrzałem ten miecz
To teraz nadszedł czas, by dodać łyżkę dziegciu do tego, mimo wszystko smacznego, miodu. Bowiem drugi tom inspirowany Beowulfem przeskakuje z jednej sceny do drugiej, która – choć ekscytująca i pięknie zilustrowana – nie miała takiego samego podłoża emocjonalnego jak tom pierwszy, który skupiał się na ponownym spotkaniu Duncana z babcią Bridgette i informacjach o prawdziwej stronie „rodzinnego biznesu”. Pamiętacie może, jak poprzednim razem mówiłem o tym, że tempo ukazanej historii jest ogromne? No to teraz wydaje mi się, że ktoś wrzucił wyższy bieg. Całość czytało mi się tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy skończyły się strony. Cóż, może powinien teraz powiedzieć, że to niedobrze, ale… skłamałbym. Znowu mamy ten sam problem, bo to, co dla jednych będzie wadą, dla drugich już niekoniecznie.
Z jednej strony akcja goniła akcję i przedstawiona historia robiła jeszcze mniejsze przerwy na odpoczynek, ale z drugiej strony czułem się trochę tak, jakbym obejrzał po prostu jeden z odcinków ulubionego serialu – bawiłem się dobrze i nie pozostało mi nic innego, jak czekać na kolejny. Gillen świetnie opowiada, a grafika Mory i Bonvillain jest niczym innym, jak inspirującym, porywającym i żywym obrazem idealnym na Halloween.
Wracając jeszcze na chwilę do bohaterów, to Bridgette jest absolutną perełką, jeśli chodzi o budowanie postaci, bo Duncanowi i innym nadal przydałoby się o wiele więcej rozwoju. Rose robiła tym razem za magiczny GPS, a reszta to masa drugoplanowych postaci, które umierają, ale nie spędzamy z nimi wystarczająco dużo czasu, żeby miało to dla nas jakieś większe znaczenie. Jeśli chodzi o przeciwników, to niestety Arthur i Galahad tym razem zostali odsunięci na dalszy plan. Ten pierwszy ciągle jest ignorantem, podczas gdy drugi jest nudny i powtarzalny. Na szczęście Merlin jest znacznie bardziej kompetentnym antagonistą. Sposób, w jaki wykorzystuje legendy i manipuluje innymi, jest interesujący i prawdopodobnie zdąży jeszcze sporo namieszać.
Podsumowując, Staroangielski to solidny tom, który dobrze rozwija fabułę, ale jest mocniej nastawiony na czystą, niczym nieskrępowaną akcję. Rysunki nadal zachwycają, postacie są wyraziste, kolory rzucają się w oczy i przyciągają wzrok, a projekty potworów współgrają z brutalnymi i trzymającymi w napięciu scenami.