W trzecim sezonie, Geralt, Ciri i Yennefer wciąż uciekają przed tropiącymi ich Riencem, elfami i wysłannikami królów. Bohaterowie powoli budują rodzinne relacje i muszą podjąć decyzje, mające wpływ zarówno na nich samych, jak i cały kontynent. Finałem ich podróży jest przełomowy w książkach zjazd na Thanedd, podczas którego maski opadną, a prawdziwy antagonista i jego plan zostanie ujawniony.
Ile Sapkowskiego w Wiedźminie?
Po niezłym pierwszym sezonie i drugim niemal całkowicie odklejonym od książkowego pierwowzoru Netflix zaprezentował nam właśnie trzecią odsłonę Wiedźmina. Zdaniem showrunnerki serialu miał być najwierniejszy książkom polskiego pisarza. Lauren Hissrich stwierdziła bowiem w jednym z wywiadów, że dzieła Sapkowskiego to samograj, który wystarczy tylko dobrze przenieść na nasze ekrany. Czy po raz kolejny próbowała wcisnąć nam tzw. farmazon, czy ma problemy z rozdwojeniem jaźni?

Źródło: Netflix
Netflix ma niezwykłą umiejętność wykrzywiania i przepisywania na swoją modłę kluczowych momentów z książek Sapkowskiego, kastrowania bohaterów ze swoich cech oraz tworzenia kolejnych, niepotrzebnych scen (Ciri walcząca z potworami, których nigdy nie spotkała) oraz wątków charakterystycznych dla generycznych seriali fantasy, jednak nie dla Wiedźmina. Twórcy zaczynają od motywów zaczerpniętych z Krwi Elfów (ich zdaniem zbyt nudnej na dobrą ekranizację), jednak całkowicie deformują i skracają podróż w karawanie Yarpena. Zmuszeni zostają do naprawienia błędów z drugiej serii i zbudowania relacji między Geraltem, Yen i Ciri stawiając przy tym na akcję (w dobrze zrealizowanej potyczce z elfami).
W kolejnych odcinkach jest jeszcze gorzej, a my teoretycznie przeskakujemy do Czasu Pogardy. Jaskier zachowuje się i wygląda jak stary dziad, zdradzając przy tym Geralta. Nasz Wiedźmin bawi się w rodzinę i spotyka na swojej drodze “fake Ciri”, którą ratuje z rąk nowego potwora i wpada na znanego nam wilkołaka (spotkanego kilka książek wcześniej w Sezonie burz). Dijksta i Filippa bawią się sadomaso, a redański superszpieg morduje pewną królową w celu uniemożliwienia sojuszu dwóch królestw. Yennefer rzuca tanim fan serwisem nawiązującym do Leo Bonharta i knuje kolejne, niepotrzebne intrygi. Całość kończy się oczywiście na Thanned, jednak ponownie w nieco zmienionej wersji i niepotrzebnym cliffhangerem.
Kiedy największy fan jest gwiazdą serialu
Finalnie odnosimy wrażenie, że twórcy kolejny raz potraktowali książki protekcjonalnie, a zaczerpnięte z nich inspiracje, wyłącznie jako wstęp do swoich wydumanych rozwiązań fabularnych oraz scen akcji w stylu więcej, szybciej, mocniej. Jak dla mnie zabrakło w serialu, tak charakterystycznej w książkach pochwały tolerancji i wzajemnej akceptacji na rzecz utartych rozwiązań Netflixa. Nie dziwi zatem, że z planu produkcji dobiegały plotki o prawdziwym czasie pogardy, jednak ze strony Henry’ego Cavilla w stosunku do showrunnerki, której zarzucał odejście od twórczości Sapkowskiego. Największym problemem Wiedźmina ponownie staję się zatem powiązanie z książkami, gdyż fani książek i gier będą dalej traktować serial jako typowy „guilty pleasure”, natomiast przyjemność z oglądania produkcji wyniosą głównie widzowie niezaznani z pierwowzorem.

Źródło: Netflix
Trzeci sezon Wiedźmina to – pomimo kilku przestojów fabularnych i dziur w scenariuszu – całkiem przyjemna produkcja. Sekwencje walk cieszą, fabuła i intryga z pewnością zaciekawi mniej wymagającego widza, a postacie wciąż mają w sobie trochę charakteru, za które je pokochaliśmy. Pięć odcinków mija błyskawicznie. Zdecydowanie najlepszy jest pierwszy z nich oraz piąty, gdy wzrasta napięcie, a atmosferę można kroić nożem. Bal na Thanenedd jest najbliższy klimatem książkom, dzięki czemu oglądamy charakterystyczny przepych wśród czarodziejów, molestowanie Geralta, a występy Valdo stanowią świetną ścieżkę dźwiękową. Warto podkreślić, że tym razem CGI wygląda również całkiem solidnie, dlatego sceny walk z potworami oraz nowe maszkary zadowolą nawet wybrednego widza. Znacznie więcej spodziewałem się po kostiumach, którym bliżej do cosplayu, niż produkcji wysokobudżetowej.
Wiedźmin to wciąż solidne aktorstwo. Henry Cavill ewidentnie dostał tym razem większą swobodę, dzięki czemu jego Geralt przestał być wyłącznie gburem. Wreszcie przypomina swój książkowy pierwowzór, który wbrew temu co mówi, odczuwa i wyraża emocje, czasem się uśmiecha, a przede wszystkim szanuje i wreszcie docenia przyjaciół (relacja z Jaskrem). Zdecydowanie mniej irytująca jest Anya Chalotra jako Yennefer, wreszcie potężna, pewna siebie i magnetyczna. Serialowa Ciri i Jaskier wciąż trzymają poziom. Rozczarowuje mnie natomiast bezpłciowy występ głównego antagonisty, a przecież mówimy w tym przypadku o najpotężniejszym czarodzieju swoich czasów oraz intrygancie pokroju Littlefingera z “Gry o tron”.
Kiedy stajesz się memem?
Twórcy serialowego Wiedźmina są jak ten facet z mema, któremu trzeba potrzymać piwo, bo zaraz nam udowodni, że zrobi coś głupiego. Podobnie zachowują się producenci i scenarzyści produkcji, na siłę udowadniając nam, że skorzystają z książkowego pierwowzoru, wykorzystując fan serwis, jednak znów po swojemu. Finalnie, ponownie tworzą słabą ekranizację, jednak mało odważny, ale solidny serial fantasy.

Źródło: Netflix
Lauren Hissrich zarzekała w wywiadach, że starają się postępować w duchu książek Sapkowskiego. Trzecim sezonem udowadnia nam jednak, że na zmiany względem pierwowzoru mogą sobie pozwolić wybitni twórcy pokroju Petera Jacksona, nie tylko rozumiejący wizję autorów, co potrafiący dodać od siebie ten magiczny, nieuchwytny element. W przeciwnym razie lepiej trzymać się książek i wykorzystywać wciąż żyjących pisarzy tak jak w przypadku Gry o tron i George’a R. R. Martina.