Ze świecą szukać drugiej takiej książki – oryginalnej, wciągającej, absurdalnej i nieokiełznanej. To, co serwuje nam Goldman, czy raczej Morgenstern, trudno opisać – z jednej strony wydarzenia nie mają najmniejszego sensu (oczywiście jest to celowy zabieg, o czym kilka słów poniżej), z drugiej wystarczy chwila, by „połknąć” pozycję w całości. Czytelnik nie wie, co go uderzyło, jakim magicznym sposobem ta książka w ogóle jest w stanie tak mocno wciągnąć, rozbawić i na długo (zapewne na zawsze) utkwić w pamięci odbiorcy.
Nazywam się… Buttercup
Zacznijmy jednak od początku. Od z pozoru prostej miłosnej historii, która gdzieś po drodze mocno się komplikuje, pojawia się kilka martwych ciał, a absurd i przerysowanie to jedni z głównych bohaterów opowieści. Buttercup znała Westleya prawie całe swoje życie. Zawsze traktowała go… powiedzmy, że nieco za surowo, wprawdzie był parobkiem, pracował dla jej rodzicieli, jednak to jeszcze nie oznacza, że panna mogła aż tak nim pomiatać. Niestety właśnie tak wyglądała relacja tej dwójki – pani każe, sługa musi. Aż pewnego dnia, niczym grom z jasnego nieba, w Buttercup uderzyło… uczucie.
Niespodziewanie, nagle i, co jest po prostu nie do przyjęcia, bez żadnego ostrzeżenia. Miłości, jak mogłaś jej to uczynić?! Tak omotać biedną bohaterkę. Zresztą nie tylko ją, bo jak się okazuje Westley od dana pała do dziewczyny głębokim uczuciem. W końcu dwójka wyznaje sobie miłość i… Żyje długo i szczęśliwie? Co za nonsens! Żadne tam happy ending, to nie taka historia. Po odkryciu przed sobą wszystkich miłosnych kart parobek postanawia odejść, pragnie zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, by wybranka jego serca mogła żyć w dostatku. Buttercup obiecuje mu, że poczeka na niego, te kilka lat na pewno szybko miną, nawet nie zauważy nieobecności oblubieńca. Protagonista wyrusza więc w drogę, która kończy się szybciej niż się zaczęła. Westley zostaje bowiem zabity przez piratów!
Biedna Buttercup poprzysięga, że już nigdy nie pokocha żadnego mężczyzny – miłość to same problemy, nieprzespane nocy, i te okropnie podpuchnięte oczy. Najlepiej niech płeć przeciwna da jej spokój, ona się zajmie krowami, mlekiem, sielanką będzie jej życie… Cóż, marzenia niewiele kosztują.
Nazywam się… Absurd
Jeżeli po Narzeczonej księcia Goldmana spodziewacie się chwytającej za serce opowieści o wielkiej miłości, większej niż ta pomiędzy tragicznymi kochankami Szekspira (o inicjałach R. i J.), śpieszę ostrzec – to nie jest zwykły romans. To romans pełen absurdów, nieoczekiwanych i czasami bezsensownych zwrotów akcji, ale właśnie w tym nonsensie tkwi cały urok opowieści. To satyra na miłość, politykę, życie czy nawet samą literaturę. Jak to satyra na literaturę – zapytacie? O co tu może chodzić? O żonglowanie utartymi, znanymi z pokaźnej liczby książek, motywami, które w tej pozycji zostają wypatrzone, nagięte do granic możliwości i podkoloryzowane.
Bohaterowie to istni szaleńcy. Każdy z nich jest inny, posiada swoje cechy charakterystyczne (olbrzym, najlepszy z najlepszych szermierzy, a może nawet lepszy niż najlepsi, piękność czy myśliwy). Widać jednak, że autor używa przerysowania w kreacji swoich postaci – niby idealni, każdy czymś się wyróżnia, jednak to istni szaleńcy albo nieprzystosowane do życia w społeczeństwie jednostki. To jednak nie przeszkadza czytelnikowi w polubieniu ich.
Mądrzy, silni, sprytni… i jakże w tym wszystkim, co robią, komiczni.
Nazywam się… Awantura
Tam gdzie miłość, tam muszą być i… awantury. A tych w powieści mamy całkiem sporo. Pojedynki na siłę, rozum i szpady, okrutne tortury czy… Nie będę zdradzała za wiele, jeśli chcecie przekonać się, co oferuje pozycja, musicie sami się z nią zapoznać. Wspomnę tylko, że warto, bo każda strona niesie ze sobą coś nowego. Nie na darmo stworzono powieść awanturniczą, oczywiście w przypadku Narzeczonej księcia należy wziąć poprawkę na to, w jakim tonie jest utrzymany ten utwór. Wszelkie poważne, mrożące krew w żyłach pojedynki zostały okraszone szczyptą absurdu i komizmu.
Pisarz książki bawi się z czytelnikami, serwując mnóstwo wtrąceń, za ilość nawiasów pozycja powinna zostać wpisana do księgi rekordów Guinnessa, do tego dochodzą jeszcze odautorskie komentarze i te niecne lawirowanie pomiędzy fabularnymi rozwiązaniami. Kiedy czytelnik myśli, że bohater skończy tak, a nie inaczej, okazuje się, że pisarz ma jednak inny plan względem swojej postaci i zmienia nagle całą koncepcję. Miejscami przyprawia to o lekki zawrót głowy.
Narzeczona księcia to nietuzinkowa historia pełna… absurdu. Podkreślę to jeszcze raz, ta książka jest specyficzna, pełna cynizmu, komizmu, ironii i nieszablonowości. Lubicie pokręcone historie? W takim razie na pewno spodoba wam się ten utwór.