Proces poznawczy vol. 1
Z początku swej podróży nie zdawał sobie sprawy z tego, że fantastyka istnieje. Ot bajki to bajki, seriale to seriale, a książki to lektury szkolne, kto by tam zajmował się taką abstrakcją jak „gatunki”. „Fantastyka? A komu to potrzebne, na co to komu?” mógłby powiedzieć mały Artur, lecz z jednego powodu tego nie zrobił. Zwyczajnie nigdy o takim gatunku nie słyszał. Nikt o tym nie wspominał, nie było osoby, która by coś o tym mówiła, brak było jakiegokolwiek źródła uświadomienia. To jednak w końcu miało się zmienić.
Młody człowiek nieustannie narażony jest na docierające zewsząd bodźce, które zagrażają nieostrożnym umysłom poznaniem nowych rzeczy. Tak oto nabierający doświadczenia w byciu nastolatkiem Artur znalazł się na swoim pierwszym wakacyjnym obozie. Co to ma wspólnego z fantastyką? Tam bowiem po raz pierwszy przyszło mu zasiąść przed kartką zapisanego papieru i z dziwnymi, w ówczesnym rozumowaniu kośćmi w dłoni zatopić się w swych pierwszych sesjach RPG. To jedno, zupełnie przypadkowe zdarzenie, nakierowało go na tory fantastyki, których nie opuszcza po dzień dzisiejszy.
Mój świat, moje zasady!
Komiksy od zawsze znajdowały swoje szczególne miejsce w życiu Artura. Nie chodzi tu jednak o kupowanie kolejnych pozycji ze stajni DC czy Marvel, ani nawet Kaczora Donalda, którego z lubością nabywał starszy brat. Od najmłodszych lat siedziało w nim bowiem coś, co kazało tworzyć. Komiksy z patyczakami okazały się ówcześnie najlepszym sposobem na puszczenie wodzy twórczej fantazji. Zaczęło się niewinnie, od krótkich historii mieszczących się na kartce wyrwanej z zeszytu, później padały kolejne rekordy ilości kratek, następnie stron, aż w końcu doszło do trzytomowej wariacji na temat świecącego ówcześnie triumfy anime Pokémon, która to w czasie tworzenia, z bezczelnej podróbki, zaczęła przeradzać się w prostą parodię, wyznaczając tym samym dalszą drogę komiksowej „kariery”. W końcu pojawiła się możliwość publikowania swoich prac w serwisie internetowym, gdzie rozpoczęła się przygoda ArcziNa. A skąd to „N” na końcu? Cóż, „Arczi” było zajęte.
Rysunkowe śmieszki-heheszki to jednak nie jedyny wyraz potrzeby twórczego wyżycia się. Już we wczesnej młodości Artur rozmyślał o napisaniu historii o nękanym w szkole chłopcu, wrzuconym przez swych oprawców do kosza na śmieci, który okazuje się przejściem do magicznej krainy. Skończyło się tylko na marzeniach, lecz w tym przypadku dobrze się stało, gdyż po latach okazało się, iż już ktoś dawno temu napisał podobną opowieść, w której rolę magicznego śmietnika powierzono starej szafie. Nie oznacza to jednak, że pisanie pozostało w meandrach przeszłości. Wspomniana wcześniej pierwsza styczność z RPG zaowocowała powrotem do idei wykreowania własnej powieści, która obecnie grzecznie czeka na skrzynkach mailowych aż któryś z wydawców spojrzy na nią swym łaskawym okiem.
Pisząc o twórczości, nie można pominąć zabawy z edytorem misji w pewnym MMORPG, lecz ciężko jest się tu bardziej rozpisać, bo choć kampania cieszyła się całkiem pozytywnym odbiorem, kolejne aktualizacje gry kierujące ją w najgorsze obszary Pay-to-Win, skutecznie zabiły przyjemność z tego procederu.
Śmiech to zdrowie i basta
Nie da się ukryć, że Artur bardzo lubi tworzyć rzeczy zabawne i wywoływać uśmiech na twarzach wszystkich (czy skutecznie, sami powiedzcie). Choć nawet by o tym nie pomyślał, zawsze podświadomie dążył do bycia śmieszkiem, nawet pomimo współczesnego zagrożenia z otwierającym się parasolem. Już w najmłodszych latach, gdy najmodniejszą zabawą na podwórku było wcielanie się w Drużynę A, zawsze otrzymywał rolę niespełna rozumu Mudrocka (oficjalnie chodziło o pilotowanie śmigłowców… Ta, jasne…), a w gimnazjum nauczycielka wróżyła mu karierę aktorską, gdyż w krótkich inscenizacjach fragmentów Zemsty hrabiego Aleksandra Fredro, jak sama stwierdziła, śmiał się nad wyraz przekonująco.
Proces poznawczy vol. 2
Choć miłość do fantastyki narodziła się nagle i z wielką mocą, na tyle by pracę maturalną pisać na podstawie twórczości Tolkiena i mitologii germańskiej, ArcziN wciąż odnajduje nowe rejony, które wciągają go bez reszty. Od kilku lat zapałał niekłamaną miłością do konwentów, na których również z wielką przyjemnością, nieustannie poszerza krąg znajomych, tam też poznał czym są LARPy, które z marszu zawładnęły jego umysłem. Z chęcią zasiada do stołu by rozkoszować się kolejną sesją RPG ze znajomymi, nie pogardzi zabawą przy planszówce, powoli, choć jeszcze bezowocnie, zaczyna romansować z cosplayem, a po latach poszukiwań własnego JA w końcu odkrył, że w głębi duszy jest brodatym krasnoludem.
Dobra, dobra, ale o co chodzi z tym pisaniem w trzeciej osobie? Wszystko to, co o sobie opowiedziałem, jest już przeszłością. Oczywiście nie odcinam się od niej, wręcz odwrotnie, lecz historia toczy się dalej. Kto wie, może ktoś z Was zainspiruje mnie kiedyś na tyle, że znajdzie się w kolejnym rozdziale wciąż kwitnącej miłości do fantastyki?

archiwum prywatne