Mimo wszystko, Bioware pilnuje, aby w międzyczasie fani Dragon Age nie zapomnieli o istnieniu uniwersum. Co jakiś czas pojawiają się nowe projekty, bezpośrednio związane z serią. 9 grudnia na platformie Netflix pojawiła się wyczekiwana animacja Dragon Age: Rozgrzeszenie. Produkcja liczy 6 odcinków, z których każdy trwa około 20 minut, czyli idealnie, aby całą serię pochłonąć w jeden wieczór, ale niewystarczająco, aby faktycznie wciągnąć się w produkcję. Reżyserią serialu zajęła się Mairghread Scott, znana wcześniej z animacji takich jak Strażnicy Galaktyki czy Transformers Prime.
Akcja serialu toczy się bezpośrednio po wydarzeniach z Inkwizycji: wyłom został zamknięty przez Herolda Andrasty, a organizacja rozpadła się wkrótce potem. Inkwizycja zleca jednak ostatnią misję, której celem jest odzyskanie artefaktu z Pałacu Letniego w niebezpiecznym Tevinterze. Zadanie to przypada grupie buntowników, którzy muszą stanąć przeciw niezwykle potężnemu magowi i templariuszom.

Materiały promocyjne Netflix
Za mało, za szybko
Myślę, że największym zarzutem, który można postawić serii, jest niewielka ilość niezwykle krótkich odcinków. Choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się to specjalnie dużym problemem, to niestety generuje on przy okazji kilka innych. To, co rzuciło się w oczy, to zauważalny brak rozwoju w relacjach między bohaterami. Analizując fabułę, wiemy, że od zawiązania drużyny są oni ze sobą naprawdę długo: najpierw podróżując przez kontynent Thedas do Tevinteru, a potem – działając w środku imperium. Mimo upływu tego czasu, relacje między nimi wyglądają podobnie zarówno w pierwszym odcinku, jak i w ostatnim. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w fabule i bohaterach po prostu czegoś brakuje.
Animacja jest też dość mocno zdominowana przez sceny walki i – choć są one naprawdę dobre – odnoszę wrażenie, że dzieje się to kosztem pogłębienia fabuły, rozwoju bohaterów i relacji między nimi. Sceny walki dodają produkcji dynamicznego charakteru, co w połączeniu z ograniczonym czasem sprawia, że animacja staje się dość chaotyczna. Zdaję sobie jednak sprawę, że wynika to prawdopodobnie z jej testowego charakteru. Być może, w zależności od wyników pierwszego sezonu, twórcy zobaczą potencjał dla rozwoju produkcji.

Materiały promocyjne Netflix
Utracony mroczny klimat
Dragon Age to przede wszystkim uniwersum dark fantasy. Już od pierwszej części poznajemy świat pełen niebezpiecznej, pradawnej magii, skażony mrocznymi pomiotami, pełen uprzedzeń i konfliktów. Co prawda charakter ten blaknie wraz z kolejnymi częściami, jednak pozostaje on dość ważnym aspektem dla fabuły. Animacja, choć ogląda się ją naprawdę przyjemnie, nie do końca oddaje to, co kojarzy się z uniwersum.
Warto wspomnieć także, że w animacji po raz pierwszy faktycznie zobaczyliśmy Tevinter od środka. Nie było to jednak spojrzenie, do którego przygotowywały nas gry i książki, zwłaszcza w kontekście użycia magii krwi. W grach poznajemy ją jako dziedzinę niezwykle mroczną, niebezpieczną, ale jednocześnie powszechnie praktykowaną w Imperium Tevinter. Właśnie ona była kojarzona z potęgą tamtejszych magistrów, używających swoich niewolników jako ofiar. Choć faktycznie wydawało się, że to magowie górują nad templariuszami, odnoszę wrażenie, że nie zobaczyliśmy do końca potęgi magii kojarzonej z Tevinterem, tak jak było to pokazane chociażby w Dragon Age II.

Materiały promocyjne Netflix
Co na plus?
Choć nie uważam, że Dragon Age: Rozgrzeszenie jest perłą animacji, to muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ilość negatywnych komentarzy, które pojawiły się od premiery. Produkcję ogląda się lekko i przyjemnie, sceny walki są imponujące, a bohaterów, mimo niewykorzystanego potencjału, łatwo polubić. Na plus działa także fakt, że „po obu stronach barykady”, pojawiają się moralnie szare postacie. Do gustu przypadła mi także ścieżka dźwiękowa, która łączy nową formę przedstawienia uniwersum z charakterem znanym z gier.
Ciekawe jest także umieszczenie fabuły animacji w czasie. Z tego co wiemy, Tevinter ma odegrać znaczącą rolę w grze Dragon Age: Dreadwolf. Jest więc szansa, że odniesienia do wydarzeń z animacji pojawią się w kontynuacji gier. Plusem jest także fakt, że widzimy świat Thedas w najświeższym wydaniu, zaraz po wydarzeniach z Inkwizycji. Choć zagłębianie się w uniwersum poprzez prequele jest dość ciekawe, to zdecydowanie bardziej interesujące jest widzieć świat, na którego rozwój w pewnym sensie, jako gracze, mieliśmy wpływ.

Materiały promocyjne Netflix
Animacja, a znajomość uniwersum
Przy oglądaniu Rozgrzeszenia na pewno przyda się podstawowa wiedza o świecie Dragon Age. Dość często pojawiają się odniesienia do gier, a niektóre elementy świata mogą wydać się niezrozumiałe osobom, które z serią nie miały nigdy nic wspólnego. Produkcja może co prawda przypaść do gustu fanom klasycznego fantasy, jednak myślę, że brak znajomości świata dużo animacji odbiera.
Jako gracze wiemy, jakie znaczenie ma wspomniana w serialu Katorga, jak wyglądają stosunki między magami a templariuszami i z czym wiąże się użycie magii krwi. Serial kwestie te wyjaśnia dość pobieżnie, przez co ciężko całkowicie zrozumieć wagę wydarzeń. Nie da się także nie wspomnieć o samym zakończeniu, które dla graczy jest mocno szokujące, ale nie wzbudzi takich emocji u osoby, która w gry nie grała.
Podsumowanie
Podobno „ilu ludzi, tyle opinii”, jednak – jako ogromnej fance uniwersum – serial dość mocno przypadł mi do gustu. Być może po części jest to kwestia sentymentu, jednak nie mogę powiedzieć, że produkcja Netflixa jest zła. Mimo kilku braków, z ogromną chęcią powróciłabym do niego w kolejnym sezonie, zwłaszcza po szokującym zakończeniu. Tymczasem pozostaje jedynie po raz kolejny włączyć grę i zagłębić się w świat Thedas, oczekując na premierę Dragon Age: Dreadwolf.