Są takie filmy, które w dniu premiery zostają przygniecione ciężarem krytyki tylko po to, by jakiś czas później, z reguły podczas wydań na fizycznych nośnikach, zdobyć rzeszę fanów – dużą na tyle, by cieszyć się drugą młodością i sukcesem na znacznie większą skalę. Tego typu artystyczne doświadczenia rosną w siłę w miarę upływu lat… aż w końcu zyskują miano kultowych.
Taka historia związana jest na przykład ze znienawidzonym przez krytyków filmem Coś Johna Carpentera z 1982 roku. Później podobny los spotkał bohatera niniejszego tekstu. Wizja reżysera Mortal Kombat i późniejszej serii Resident Evil, Paula W.S. Andersona nie spotkała się z ciepłym przyjęciem ani ze strony recenzentów, ani tym bardziej widowni, która całkiem wymownie zagłosowała portfelami. 60 milionów dolarów budżetu, ledwie niecałe 27 milionów zysku na rodzimym, amerykańskim rynku – Ukryty Wymiar śmiało można było określić jedną z największych finansowych wtop przemysłu filmowego w 1997 roku. A jednak to science fiction z piekła rodem posiadało coś, co na przestrzeni kolejnych dekad miało sprawić, że stanie się wyznacznikiem jakości kosmicznych horrorów: niesamowity klimat.

Źródło: fsgk.pl
Galaretka i bezy
Wciąż całkiem wyraźnie pamiętam mój pierwszy kontakt z filmem Andersona. Rosnące zainteresowanie „tym, co w kosmosie” u początkującego, jedenastoletniego adepta fantastyki naukowej zauważyli rodziciele. Późnowieczorny, sobotni seans TVN-u, zarejestrowany na kasecie VHS, i w końcu: „mamy coś dla Ciebie” – takimi słowami zostałem powitany w jeden z niedzielnych poranków. Problem, o jakim jeszcze nie wiedzieliśmy, sprowadzał się do prostego faktu: ani ja, ani tym bardziej rodzice nie mieli na dobrą sprawę pojęcia, z czym będą mieli do czynienia. Kilka godzin później, przy akompaniamencie tytułujących akapit słodkości, na ekranie telewizora rozszalało się piekło, a ja – jak to zwykle miałem w zwyczaju w stresujących sytuacjach – wywołałem awanturę o nic. Tym samym, filmu oczywiście nie dokończyliśmy. Porzuciliśmy seans w okolicach pamiętnej sceny odkodowania dziennika pokładowego „Horyzontu Zdarzeń” przez Peters. Ze łzami w oczach i na miękkich nogach – chyba zgodnie z zamiarem reżysera – kończyłem seans, musząc uznać swą porażkę. Do czasu.
Co się stało, to się nie odstanie, a kto nigdy nie wyruszył na poszukiwania zakazanych kaset w szufladach rodziców, niechaj rzuci kamieniem – czego nie udało się zrobić za pierwszym razem, dokonałem kilka miesięcy później, nie mogąc wyrzucić rosnącej fascynacji dalszym ciągiem historii załogantów „Lewisa and Clarke’a” z głowy. I znów zostałem porażony ilością krwi, ilością bluźnierstw i wreszcie przede wszystkim ilością pomysłów, o których nawet do owej pory nie śmiałem myśleć. Ukryty wymiar odwalił więc całą robotę za odkrytego jakiś czas później Obcego – ukształtował moje preferencje i wymagania co do space horrorów aż do dziś.

Źródło: imdb.com
Szczypta historii
A przecież wcale nie musiało tak być. Po sukcesie Mortal Kombat w 1995 roku Anderson był kuszony możliwością wyreżyserowania kontynuacji ekranizacji komputerowej bijatyki, a nawet powstającego filmu inspirowanego komiksami X-Men. Na szczęście, dla fanów dzieł pokroju wspomnianego Ksenomorfa, reżyser wszelkie oferty odrzucił, by zamiast kolejnego filmu wycelowanego w rating PG-13 zrealizować horror w kategorii wiekowej R – czyli taki, gdzie kamera nie odwraca się podczas krwawych scen.
Pierwsza wersja scenariusza, autorstwa Philipa Eisnera, jaką Paramount Pictures przesłało Brytyjczykowi, nie spotkała się z jego uznaniem. O ile pomysł „nawiedzonego domu w kosmosie” robił wrażenie, tak – zdaniem Andersona – obecność potworów niebezpiecznie zbliżała fabułę w rejony wspomnianego wcześniej filmu Ridleya Scotta. Reżyser zmienił większość scen, chcąc uzyskać efekt podobny do Nawiedzonego Roberta Wise’a, czy Lśnienia Kubricka. Podstawowym elementem grozy Ukrytego Wymiaru miało być pierwotnie zatem to, co znajdowało się poza zasięgiem wzroku widza.
Jak owe plany się zakończyły, wszyscy wiemy. Szybko przekonali się o tym również widzowie pokazów wstępnych wersji filmu, którzy – jeśli wierzyć słowom samego Andersona i producenta filmu Jeremy’ego Bolta – musieli przyjąć taką dawkę gore, że dosłownie mdleli podczas seansu. Przerażone takimi reakcjami Paramount Pictures zmusiło reżysera do wycięcia sporej ilości krwawych scen i w taki oto sposób film, trwający 95 minut, nie dwie godziny, zawitał do kin.

Źródło: movieassault.com
Równie silny, co słaby
I tak po prawdzie ciężko stwierdzić, co poszło źle. Ukryty wymiar miał w teorii wszystko, co potrzebne, by stać się hitem. Doinwestowany budżet, intrygujący kręgosłup historii, ciekawa obsada z Samem Neillem i Laurence’em Fishbournem na czele – te elementy okazały się jednak niewystarczające, by zainteresować szeroką publikę. Drugie życie kosmiczny horror zyskał dopiero na kasetach wideo i płytach DVD. To właśnie w domowych zaciszach fanów nastrojowej grozy z wolna zaczął gromadzić rzeszę wiernych zwolenników.
A zachwycać się było czym: już sama fabuła, umiejętnie łącząca chrześcijańską wizję piekła z naukowo nieudowodnioną, ale nieodmiennie fascynującą teorią dotyczącą czarnych dziur jako tuneli czasoprzestrzennych, potrafiła dać do myślenia. Zainwestowane środki pozwoliły z kolei na stworzenie monumentalnej, gotyckiej scenografii statku i wiarygodnie wyglądających efektów CGI, umiejących zrobić wrażenie nawet dziś. Wszystko to sumowało się na niezwykły, ciężki klimat tajemnicy i dojmujące wrażenie zetknięcia się z takim rodzajem metafizyki, którego nie da się w jasny sposób wyjaśnić „szkiełkiem i okiem”. Wycięte sceny gore z kolei z biegiem czasu stały się branżową legendą, zwłaszcza po tym, jak okazało się, że bezpowrotnie utracono zawierającą je kopię filmu.
Będąc absolutnie szczerym, trudno nie przyznać jednak, że wszystkie te zalety nie są w stanie zrównoważyć pewnych mankamentów filmu. Nie do końca udane jumpscare’y (jak choćby krzyk Sama Neilla przy jednej z tego typu scen, który stał się pożywką dla kilku prześmiewczych przeróbek w serwisie youtube), koncentrowanie się na akcji zamiast budowania klimatu w drugiej połowie filmu i całkowicie zbędne, raczej nietrafiające w tarczę, komediowe elementy – te niuanse mogą skutecznie wytrącić ze stanu zawieszenia niewiary nieco mniej pobłażliwych widzów.

Źródło: movieassault.com
Legenda wiecznie żywa
Nie zmienia to jednak faktu, że Ukryty Wymiar to przede wszystkim fascynujący pomysł z rodzaju takich, które rozpalają wyobraźnię. I to po dziś dzień. Kilka miesięcy temu Paramount Television wraz z Amazon Studios ogłosili, że powstaje serialowa wersja filmu Andersona, w reżyserii odpowiedzialnego za Blair Witch Adama Wingarda.
Czy doczekamy się dzieła o rozciągającej się na przeszło dwie dekady mocy oddziaływania, równego filmowej wersji? Czas pokaże, ale już sam fakt, że wielkie studia gotowe są wyłożyć pieniądze na realizację tego typu pomysł może nas, fanów kosmicznego horroru w wydaniu „ukrytowymiarowym”, zdecydowanie napawać optymizmem.

Źródło: amazon.com