Aczkolwiek warto od razu podkreślić, że nie jest to najlepszy sposób na poznanie prawdziwego Lokiego. Komiks Ala Ewinga stanowi nowy rozdział i prawdziwą rewolucję w przygodach boga kłamstw. Teoretycznie powinno oznaczać to, że Agent Asgardu to dobry moment wejścia dla nowych czytelników (czyli m.in. mnie). Niestety, misja ta się nie udała.
Loki Bishounen
Jednak zanim wyjaśnię powód swojego zawodu, lekkie przybliżenie tematu. Agent Asgardu pokazuje kolejne wcielenie Lokiego. Stanowi on zupełnie nowy byt, niezależny od wcześniejszego boga psot. I tak oto Asgardczyk jest tu młodym przystojniakiem (jakby go wyciągnęli z ekranizacji powieści young adult), który chce odkupić winy swojej pierwotnej wersji. Wszechmatka, triumwirat, na który składają się Freja, Gaea i Idunn, zgadza się usunąć jedno złe wspomnienie o Lokim w zamian za wykonywanie sekretnych misji. W realizacji celów protagoniście pomaga świeżo zdobyty miecz wyciągający z ludzi prawdę (Wonder Woman i jej lasso lubią to).
Loki chodzą parami
Jeśli ktoś oczekiwałby po komiksie Lokiego trickstera, to jest go niewiele i głównie pod postacią starego boga. Bo to nie jest tak, że nowy bóg psot zastąpił poprzedniego – obaj występują tutaj jednocześnie. Dodatkowo stary Loki jednocześnie jest przyszłym wcieleniem Asgardczyka – ach tak piękna komiksowa logika. Nie będę tego bardziej rozpisywał, by uniknąć Waszego i mojego bólu głowy – wystarczy jedynie wzmianka, że konflikt wcieleń stanowi główną oś fabuły
Nowy agent Loki, choć ma własną ukrytą agendę, cały czas jest lekko wycofany i zbiera cięgi za to kim były jego poprzednie wersje. Choć czasem fabuła pozwala bohaterowi zaistnieć w bardziej heroicznym wydaniu. Ba, w pewnym momencie Loki okazuje się godny podniesienia Mjolnira i jego wygląd prezentuje się wspaniale.
Jednocześnie mam wrażenie, że komiks jest miejscami przefajniony. Niby doceniam dystans, ale jednocześnie wiele elementów zostało wrzuconych przez to, że wyglądają cool. Jak choćby Freja, która w pewnym momencie prowadzi szarże trzymając w łapach dwa karabiny. A chwilę później wszyscy Agardczycy, w pełnym anturażu zbroi i hełmów, zakładają na siebie czarne okulary. Matrix dzwonił z 1999 r. i prosił o zwrot patentu.
Nowy event, nowy Loki
Koncept z dwoma Lokimi jest ciekawy i w pomysłowy sposób wchodzi w dyskusję z determinizmem i predestynacją. Agent Loki teoretycznie stara się zmienić, jednocześnie widząc, że jego przyszłe ja temu nie podoła. Problem w tym, że ten interesujący konflikt, pomimo grubej objętości komiksu (384 strony), co rusz wpisywany jest w kolejne to eventy Marvela. Ciężko przejmować się np. zmianą w charakterze bohatera, gdy czytelnik musi się głowić, czy to wewnętrzny impuls czy impakt wydarzenia zwanego Axis (które sprawiło, że złole stali się dobrzy i vice versa). Później dochodzą też takie elementy jak Ragnarok (który podejrzewam, że miał miejsce w Thorze), który jest tylko kontekstem bez odpowiedniego początku, rozwinięcia i zakończenia. Dawno nie czytałem tytułu, na którym czułbym tak duże piętno eventozy.
Zresztą wiele elementów bardzo istotnych dla fabuły, jak śmierć małego Lokiego (jeszcze innej inkarnacji – ponownie, komiksowa logika w najwyższej formie) wydarzyła się gdzieś wcześniej, tu nie zostaje wyjaśniona nawet we wstępie. Przez większość lektury miałem wrażenie, że coś mi umyka. Pewnie nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że ten tom trafia do czytelników lata po tym, jak dziejące się wówczas komiksy Marvela zostały opublikowane przez Egmont w Polsce. Taka jest polityka wydawnictwa, że część głównych tytułów idzie w miękkich wydaniach w miarę chronologicznie (acz z opóźnieniem w stosunku do USA), a niektóre pominięte wcześniej tytuły wracają później w twardookładkowym tomie zbiorczym. W tym przypadku się nie sprawdziła.
O jeden event za daleko
Podejrzewam, że osoby bardziej zaznajomione z komiksowym Asgardem przyjmą Lokiego cieplej. Ja nie do końca odnalazłem się w narracji Ewinga i tym, którym Lokim mam się przejmować. Paradoksalnie to opasłe tomiszcze jest zbyt długie bym był zaangażowany przez całą lekturę i zbyt krótkie, by stworzyć pełnoprawną fabułę, do której nie trzeba znać poprzednich losów.