Stara, dobra podstawa
Miałem przyjemność zagrać w cztery różne gry Zombicide. I za każdym razem bawiłem się bardzo dobrze, bo ta seria opiera się na prostych mechanikach, ale jednocześnie daje mnóstwo frajdy z masowej likwidacji zombiaków. Tak też jest z najnowszą częścią, do powstania której przyczynił się film Zacka Snydera Armia umarłych.
W swoich założeniach to nadal stary, dobry i typowy Zombicide. Czyli mamy szóstkę śmiałków, którzy muszą zrealizować jakiś nieskomplikowany cel (zdobyć konkretny żeton umieszczony na planszy, dojść do konkretnego miejsca itd.). W tym celu będą przemieszczać się po ulicy i wchodzić do pomieszczeń, aby je przeszukiwać i znajdować lepszy sprzęt. Z pomocą broni możliwa jest eksterminacja przeciwników. W momentach spokoju można wymienić się z towarzyszami bronią czy przeorganizować ekwipunek i z plecaka wyciągnąć lepszą giwerę. Na szczęście wprowadzono w tej części sporo ciekawych elementów. Co prawda nie przekonają one do niej zatwardziałego przeciwnika serii Zombicide, ale te różnice uzasadniają zakup Army of the Dead mimo posiadania innej części.
Włam do sejfu
Z podstawowych zmian w mechanice warto wspomnieć o śpiochach. Teraz w prawie każdym pomieszczeniu znajduje się żeton z zombiakami. Jeśli nie będziemy hałasować, nic się nie wydarzy, ale nie daj Bóg strzelimy lub horda zombie wpadnie do pokoju z takich żetonem, to trzeba go odwrócić i umieścić wskazaną tam grupkę zombie (od 1 do 4). Na szczęście jeśli mamy broń białą i dwie wolne akcje możemy cichaczem ich wyeliminować.
O wiele większych nacisk został też położony na przeszukiwanie. Bo chociaż zaczynamy z lepszym sprzętem na start (każdy bohater wybiera jeden z dwóch zestawów broni mu przypisany), to broń palna zużywa amunicję. Strzelając, rzucamy też białą kością i jeśli wypadnie jedynka, to musimy obrócić broń i dopóki nie znajdziemy magazynka, nie możemy z niej korzystać! Dodaje to smaczku do gry, bo teraz warto nosić kilka giwer i rozważniej wybierać czym się atakuje grupę wrogów (np. strzelbę lepiej zostawić na alfy, bo zadaje więcej obrażeń).
I teraz najciekawsze, mamy mniej typów zombie! Są tylko szuracze (zwykły słaby zombie) oraz alfy, które są połączeniem spaślaków i łowców z innych gier Zombicide, czyli mają dwa punkty zdrowia i wykonują dwie akcje! Dodajmy do tego pięć typów abominacji, które mają od 4 do sześciu punktów życia. A najbardziej emocjonujące w tej części jest zakładanie pułapek. Możemy wyłożyć TNT, który wybuchnie na koniec fazy zombie, założyć wybuchową pułapkę (eksploduje, gdy ktoś wejdzie na to pole), albo postawić gdzieś kanister i w niego strzelić. Haczyk jest taki, że materiały wybuchowe zadają 3 obrażenia, a więc aby zabić abominacje, trzeba na przykład umieścić w jednym miejscu dwie pułapki, aby obrażenia się skumulowały.
Pora zabić Zeusa
Ciekawą innowację wprowadzono też w niektórych scenariuszach. Dochodzą na przykład windy, przez co w grze znajdują się dwa lub trzy poziomy planszy. Jednym z celów jest także włamanie się do sejfu przez wyrzucenie odpowiedniej kombinacji na kościach. Pojawia się też ciężarówka Taco, którą można taranować zombiaki i strzelać do nich z karabinu maszynowego umieszczonego na dachu. Dodajmy do tego misje z limitem czasowym. Są one zdecydowanie najtrudniejsze, bo niezwykle ciężko wykonać zadanie w zaledwie osiem rund (nie ma czasu na dozbrojenie).
I co ciekawe pojawiają się też misje osobiste bohaterów, są to proste zadania, które trzeba wykonać przy okazji (np. zabicie abominacji, znalezienie konkretnego żetonu i przeniesienie go do strefy wyjścia). Jak widać sporo tutaj nowości. Nadal jednak nie wywraca to serii do góry nogami, pod tym względem trochę bardziej innowacyjny był Marvel Zombies, choć w tym wypadku według mnie dokonane zmiany nieznacznie zepsuły sprawdzoną formułę.
Akcja wysadzanie
W Army of the Dead bawiłem się wyśmienicie czy to grając solo, czy w dwie i trzy osoby. Gra hula znakomicie. Wprowadzane zmiany odbieram jak najbardziej pozytywnie. Walka z abominacjami jest emocjonująca i ciekawa, bo już nie wystarczy rzucić w nie dynamitem (jak w Żywych lub nieumarłych), trzeba raczej zastawić na nie pułapkę albo znaleźć potężną broń (wyrzutnia rakiet – najmocniejsza giwera, choć niestety jednorazowa). Najlepszy motyw to żetony śpiochów. Dzięki nim musimy bardziej się pilnować w pomieszczeniu pełnym śpiochów, ale też uważać, aby inne zombie idąc w naszą stronę, nie pobudziły swoich towarzyszy.
Jeszcze warto wspomnieć o dwunastu bohaterach, którzy naprawdę dają radę. Nie dość, że zaczynają z przyzwoitym sprzętem często pasującym do ich charakteru (Bly Tanaka z mocną kataną, Vanderohe z zabójczą piłą pierścieniową), to do tego posiadają ciekawe i mocne zdolności, które odblokowują w czasie gry. Nie dostrzegam w tej części zbyt wielu wad. Losowość może okazać się bardziej irytująca, bo jeśli co raz będziemy wyrzucać jedynkę na białych kościach, wypstrykamy się błyskawicznie z broni palnej. A z drugiej strony dodaje to trochę klimatu i emocji, bo czasami powoduje, że nasi bohaterowie są bezradni i muszą być ratowani przez inne postaci…
Szaleństwo w Las Vegas
Wydanie, jak to w przypadku całej tej serii gier stoi na wysokim poziomie. Figurki pięknie się prezentują na planszy. Zombie występują w wielu różnych kopiach, mimo że przynależą do jednego z dwóch typów zombie. Trochę gorzej wygląda sytuacja z bohaterami, bo część z nich wygląda podobnie – trzyma karabin i stoi w tej samej postawie. Przez co przy pierwszym kontakcie ciężko ich odróżnić od siebie. Najgorsze jednak nastąpiło po pierwszej partii. Umieszczenie z powrotem zombie do właściwych przegródek było wyjątkowo irytujące. Niestety ani w instrukcji, ani w pudełku nie zamieszczono informacji, gdzie je odłożyć, co znacznie wydłużyło czas porządkowania gry. Poza tym detalem jeszcze przyczepiłbym się do źle przemyślanego pudełka. Niestety, ale nie przewidziano w wyprasce konkretnego miejsca choćby na żetony śpiochów. Poza tym warto wspomnieć o ciekawym i klimatycznym zabiegu, jakim było umieszczenie arkuszy z misjami w stylizowanej teczce na tajne akta.
Czy grając w Army of the Dead poczujemy się, jak w filmie Zacka Snydera?
Po kilku partiach na tyle byłem zaintrygowany tym tytułem, że odpaliłem film, na podstawie którego powstała ta gra. I muszę przyznać, że jest to nawet wierne przełożenie wielu elementów na język gry (w tym choćby mechanika śpiochów). Ponadto wszystkie postacie, w które możemy się wcielić, pojawiają się w filmie. Choć samo dzieło Snydera nie porwało mnie szczególnie, to muszę przyznać, że jego największą zaletą jest właśnie wydanie planszówki Army of Dead. To jest po prostu genialny Zombicide. Dodaje kilka naprawdę świetnie przemyślanych elementów. Najbardziej spodobało mi się mocny nacisk na planowanie przy zastawianiu pułapek czy przemieszczaniu się po lokacjach ze śpiochami.
Szczerze mam dylemat, bo uwielbiam Żywych lub nieumarłych, choćby za wiele ciekawych mechanik (pociąg, gatling, balkony), a Army of the Dead wprowadza równie dużo świetnych pomysłów. Gdybym miał wybrać jedną z tych dwóch części, miałbym naprawdę spory dylemat, dlatego póki co oba mają bezpieczne miejsce na mojej półce (w przeciwieństwie do Marvel Zombies). Choć moi współgracze od razu wskazali, że Army of the Dead jest o wiele lepsze od Zombicide’a na Dzikim Zachodzie. Polecam wszystkim sięgnąć po jakąkolwiek grę z tej serii, bo to kawał genialnej rozgrywki, dostarczającej masy frajdy. I choć film Zacka Snydera pozostawia wiele do życzenia (ocena na poziomie 5-6 zasłużona), to gra na jego podstawie wyszła po prostu fenomenalna!