Fantastyka towarzyszy nam na każdym kroku. Jest w filmach, serialach, literaturze, grach komputerowych czy planszowych. Z jej dobrodziejstw czerpią także muzycy. I to nie tylko przy pisaniu tekstów kolejnych hitów. Wielu postawiło także na wątek fantasy w teledyskach. Wśród nich znalazł się zespół Eiffel 65.
Azzurro
Lata 90. to dla wielu (w tym także i mnie) czas dzieciństwa. Kojarzy się więc z sielanką, beztroską i spokojnym życiem. Świat wyglądał wtedy inaczej. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, dostęp do Internetu był znacznie ograniczony, w telewizji oglądaliśmy Polonię 1, a ze znajomymi najczęściej spotykaliśmy się pod trzepakiem. Z ciężkim bólem serca muszę przy tym przyznać, że był to czas wielkiego kiczu. Zachód gdzieś tam krążył wokół nas, ale w większości dostawaliśmy podróbki wszystkiego, co dało się podrobić. Choć za oceanem wcale nie było inaczej. Gdy dziś spojrzymy na tamten okres, dostrzeżemy kolorowe dresy, dziwne fryzury czy mnóstwo gwiazd, które pewnie dziś nie przebiłyby się do świata popkultury. Korzystali z tego nie tylko Amerykanie, ale i inne nacje. Gdy na parkietach królowało disco (bynajmniej nie polo) oraz pop, trzech Włochów postanowiło wykorzystać moment i spróbować swoich sił. Liczne źródła donoszą, że poprosili komputerową maszynę losującą o nazwę, a ta wypluła dla nich słowo „Eiffel”. Panowie spojrzeli na numery swoich telefonów i spontanicznie dodali do tego „65” i już mieli nazwę! Proste, prawda? Należy dodać, że jeden z nich był DJ-em, drugi umiał grać na klawiszach, a trzeci na gitarze. Nazywali się oni Gabry Ponte, Gianfranco Randone i Maurizio Lobina. Wszyscy kochali eurodance i w takim klimacie stworzyli piosnkę, która z miejsca stała się hitem! Jej tytuł to oczywiście Blue!

Źródło: last.fm
Da Ba Dee…
Czy ktoś nie słyszał Blue chociaż raz? Wątpię. Nie wiadomo, jak singiel zyskał popularność w tak krótkim czasie, ale faktycznie piosenka stała się prawdziwym światowym fenomenem! Przyznaję, że sam miałem kasetę zespołu z tym utworem! (Uprasza się nie oceniać autora po błędach dzieciństwa). Blue królował na listach przebojów w Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Australii, Francji czy Kanadzie. Nawet w USA uplasował się na szóstym miejscu listy The Hot 100. Co ciekawe, nigdy nie był na szczycie w rodzinnej Italii. Widać makaroniarze wolą Ala Bano i Erosa Ramazzottiego. Wracając jednak do tematu, nasz hit opowiada historię małego gościa, który żył sobie w niebieskim świecie, gdzie wszystko było niebieskie. No wiecie – niebieski dom, niebieskie okna, niebieski noc, niebieski dzień, niebieski samochód… I taki opis dostawaliśmy kilka razy, a do refrenu dochodziło jeszcze da ba dee, da ba daa. I już. Ot, cały tekst. Po latach niektórzy doszukali się w utworze drugiego dna. Otóż tytułowe „blue” może również oznaczać przygnębienie! I nagle koleś żyje w smutnym świecie z przygnębiającymi domami, oknami itp., itd. Czy o to chodziło twórcom? To już pozostawiam Waszej interpretacji.
Kosmiczny koncert!
Przejdźmy wreszcie do tego, co interesuje nas najbardziej – teledysku. Panowie z Eiffel 65 postawili w nim na klasyczne science-fiction. Wszystko zaczyna się od tego, że grają oni koncert, który odbierany jest przez statek kosmiczny. Lecące w nim niebieskie (wcale nie przygnębione!) człekopodobne ludziki zmierzają na Ziemię, aby porwać wokalistę zespołu i zabrać na swoją planetę. Plan kończy się powodzeniem. Na szczęście dwaj pozostali członkowie tego boys bandu mają własną rakietę i ruszają na odsiecz przyjacielowi! Podczas gdy solista zostaje postawiony na scenie, gdzie ku własnemu zdziwieniu śpiewa przed salą wypełnioną rozentuzjazmowanymi kosmitami, jego koledzy walczą z obcymi. Tubylcy posiadają broń laserową (strzelającą na niebiesko) i znają karate, ale dzielni bohaterowie potrafią tworzyć kule świetlne (magicy jak nic!) i opanowali sztuki walki do perfekcji! Bez problemu rozgramiają przeważające siły wroga i odbijają ofiarę porwania. Kiedy zwycięsko wracają w komplecie na swoją ojczystą planetę, załamani kosmici wysyłają im wiadomość Please come back. Który artysta nie posłuchałby wiernych fanów? Eiffel 65 daje więc koncert przed niebieską publicznością, a ich grupę zasila jeden z przedstawicieli obcej cywilizacji. I to koniec teledysku, ale nie koniec historii! Chłopaki i ich niebieski kolega (a także niewidziana wcześniej koleżanka) powrócili w utworze Move your body. Ale to już temat na kiedy indziej.

Źródło: youtube.com
Komputerowe „arcydzieło”!
Niemalże cały teledysk do Blue został stworzony komputerowo i jedynie trzej muzycy są tu prawdziwi. Patrząc po latach na ten videoclip, możemy stwierdzić, że idealnie oddaje ducha lat 90. – jest tandetny, kiczowaty, ale też zabawny i należy patrzeć na niego z uśmiechem pod nosem. Owszem, technologia nie stała wówczas na takim poziomie jak dziś, a i pewnie budżet Eiffel 65 był mocno ograniczony, ale myślę, że i tak dało się zrobić tu nieco więcej. A tak dostajemy mnóstwo niebieskich ludzików zrobionych za pomocą „kopiuj-wklej”, dziwne ruchy ich ust i okropne sceny walki. Do tego praca kamery, która z niewiadomych powodów kręci się co jakiś czas, przyprawiając o zawroty głowy. Sam pomysł na historię też nie jest zbyt oryginalny. Ale być może o to w tym wszystkim chodziło? Jeśli miała to być parodia kina sci-fi oraz zakpienie z komputerowych tworów innych artystów, to chylę czoła przed Gabrym, Gianfranco i Mauriziem. Choć podejrzewam, że jednak niesieni falą popularności byli pewni, że robią coś wielkiego. I w sumie zrobili! Oceniając współcześnie klip wygląda tragicznie, ale w 1998 roku z pewnością nie jeden dzieciak (a i pewnie dorośli) otwierali szeroko oczy ze zdziwienia, jak udało się zmontować coś tak fantastycznego! No, przyznać się, pewnie niejednemu z Was też się podobało?
Było niebiesko
Teledysk do Blue nie przetrwał próby czasu, choć jednocześnie nie ogląda się go źle. Jest on kwintesencją tamtego okresu i dziś można z niego pożartować. Swego czasu robił jednak furorę w telewizji (youtube’a jeszcze przecież nie było) i pewnie wiele osób polowało, by obejrzeć go w 30 tonach czy na niemieckim kanale Viva. Co do fantastyki – gdyby nakręcić na podstawie tego materiału film, pewnie mielibyśmy zabawne kino klasy B, które znalazłoby się w naszym cyklu filmy tak złe, że aż dobre. Historyjka z porwaniem przez kosmitów, walką na obcej planecie i niecodziennym zwrotem akcji na zakończenie. A to wszystko w 3 minuty i 39 sekund! Co to by było, gdybyśmy rozszerzyli fabułę do pełnometrażowego obrazu! Lepiej sobie tego nie wyobrażać…