Sea of Conquest, czyli piraci z Diabelskiego Morza
Sea of Conquest to gra strategiczna z elementami MMORPG i PVP. Jej akcja rozgrywa się w autorskim świecie, na wodach Diabelskiego Morza. Wchodzimy w buty owianego złą sławą pirata Henry’ego Hella, który niczym kapitan Jack Sparrow regularnie pakuje się w kłopoty. Przy okazji wciągając w to wszystko członków załogi, którzy nie wiedzą, czy się śmiać, czy płakać, ale mimo wszystko pozostają wierni swemu dowódcy. Nieważne, w jak beznadziejnej i komicznej sytuacji się znajdą.
Początek gry to swoistego rodzaju tutorial (samouczek), którego zadaniem jest zaznajomienie nas z mechaniką. Jest bardzo przyjemny i nie należy do tych upierdliwych, o jakich myślimy, by skończyły się jak najszybciej. Muszę przyznać, że twórcy gry doskonale przewidzieli to, że gracze mogą się szybko irytować podczas poznawania całego tego mechanizmu, więc samouczek jest intuicyjny, konkretny i prosty w opanowaniu. Owszem, osoby, które nigdy nie miały styczności z takimi grami, mogą się czuć lekko zagubione. Jednak gra została skonstruowana w taki sposób, że bardzo szybko można zrozumieć jej działanie. Sama miałam wątpliwości w kilku kwestiach, ale te dzięki społeczności szybko zostały rozwiane, a jej wsparcie jest nieocenione.
Dalsza część gry to początek tej prawdziwej przygody. I w tym momencie, zaznaczę, iż celowo pomijam informacje fabularne na początku, gdyż musiałabym zaspoilerować grę. A przecież nie o to w tym chodzi, czyż nie?
Ale wracając do tematu, to po przejściu samouczka przenosimy się na otwarty świat, gdzie jesteśmy na jednej dużej mapie z innymi graczami. Musimy więc zadbać o to, aby dołączyć do klanu, gdyż w pojedynkę może nam być ciężko. I zaznaczam, że wbrew pozorom nie jest wcale tak trudno dołączyć do jakiejś gildii. Owszem, bywają wymagania co do poziomu gracza czy statku, ale bardzo łatwo wyrównać poziom bez wydawania pieniędzy. Wystarczy tylko wykonywać codzienne zadania, brać udział w polowaniu na potwory wraz z członkami gildii, sprzedawać towary, a nawet uczestniczyć w mini eventach takich jak: plądrowanie wysp, łowienie beczek, gotowanie i sprzedawanie jedzenia, a nawet alkoholu. No i oczywiście nie mogło zabraknąć plądrowania statków – nie tylko tych należących do NPC, ale również graczy.
Sea of Conquest to gra inna niż wszystkie
Gra miło zaskoczyła mnie tym, że mamy możliwość rozbudowania naszego statku i zajrzenia do jego wnętrza. Pierwszy raz spotkałam się z tego typu produktem, w którym możemy podglądać życie piratów z takiej perspektywy!
Pomieszczenia możemy ustawiać w dowolnym miejscu, wedle uznania. Niektóre z nich są limitowane do tylko i wyłącznie jednego, zaś inne możemy posiadać w nieco większej ilości. Do takich pomieszczeń należą: siedziba kwatermistrza, magazyn czy pokój z armatami.
Ciekawą opcją jest również montowanie określonych elementów wyposażenia takich jak: koło sterownicze, żagle (można im zmieniać kolor oraz pirackie godło), armaty oraz rzeźba znajdująca się na dziobie. Te dodatki zwiększają nam różne atrybuty naszego statku. Jednak jest pewien warunek, aby miały one swoją moc – trzeba skompletować dwa lub cztery elementy tego samego zestawu. Oczywiście każdy z nich jest inny, więc należy się dobrze zastanowić, na jakich bonusach chcemy się opierać. Jedyny minus jest taki, że na ten motyw dotyczy tylko głównego statku z całej naszej floty. Pozostałe łodzie nie mają opcji modyfikacji, jednak deweloperzy zapewnili, że wezmą to pod uwagę. I tu dodam, że twórcy gry na bieżąco reagują na propozycje czy skargi, tudzież błędy pojawiające się w grze – chwała im za to!
Dodatkowymi elementami, które odróżniają Sea of Conquest od innych gier, są możliwość gotowania oraz destylowania alkoholu. Tak, dokładnie tak, możemy przygotowywać posiłki dla naszych załogantów oraz alkohol. Te towary są przydatne nie tylko jako zapasy, ale niekiedy – elementy niezbędne do wykonania pomniejszych zadań, czyli questów. Te z kolei pojawiają się albo na mapie, albo są bezpośrednio związane z poszczególnymi postaciami. W tym drugim przypadku musimy przygotować konkretne potrawy, ale zawsze mamy podpowiedź w jadłospisie – jest nią żółty wykrzyknik.
Sea of Conquest pełna jest kolorowych postaci
Kreacja postaci w tej grze jest niesamowita. Każda z nich ma swój własny charakter, styl oraz umiejętności czy rolę. Dzięki temu możemy stworzyć wybuchową ekipę, którą powołamy na nasze statki.
Bohaterowie posiadają kolory definiujące ich rzadkość: niebieski (rzadki), fioletowy (epicki) oraz złoty (legendarny). Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ im trudniejsza do zdobycia postać, tym ma ona więcej mocy, a przy tym lepsze umiejętności od pozostałych bohaterów. A tych możemy otrzymać, używając do losowania tak zwanych Echo Conch lub Hymn Conch. Te drugie są trudniejsze do zdobycia, ale pozyskani w ten sposób bohaterowie są bardziej unikatowi niż inni.
Jeśli trafią nam się ponownie te same postacie, zostają one zamienione na tak zwane Hero Badges, czyli fragmenty bohaterów służące do podnoszenia ich rangi. Dzięki temu stają się silniejsi i mocniejsi. Jednak nie można zapominać o poziomach bohaterów, które również stanowią istotną sprawę, o jakiej warto pamiętać. Poziom postaci także zwiększa ich moc i wpływa na nasz ogólny wynik posiadanej siły. Jest również brany pod uwagę podczas udziału w mini eventach na mapie, tudzież walkach pojawiających się w trakcie rozwoju fabuły.
Sea of Conquest to przygoda
Gra urzekła mnie całkowicie. Dawno nie grałam w tak genialnie stworzony produkt dedykowany na telefony komórkowe. Grafika dodaje tego pirackiego klimatu, podobnie jak i muzyka. Spokojna, kojarząca się z morskimi podróżami, podczas których czeka nas mnóstwo niebezpieczeństw i nie tylko. Czasami, zdarza się, że nasi piraci śpiewają szanty, co również mnie miło zaskoczyło. Twórcy gry, na prośbę graczy obiecali dorzucić więcej tego typu „pirackich piosenek”.
Sea of Conquest się po prostu nie nudzi. Można w nią grać i grać, a ciągle odkrywa się coś ciekawego. Nawet poboczne questy, mimo posiadanego limitu na ich wykonanie są tak skonstruowane i zaplanowane, że zaskakują na każdym kroku. Dla przykładu, w jednym z takich wydarzeń pobocznych Henry rekrutuje byłego członka armii zwalczającej piratów. Facet jest tak nieogarnięty, że sprzedaje drogi towar po bardzo niskich cenach, co przyprawiło Henry’ego Hella niemal o zawał serca. Chcąc odkręcić sytuację, wdaje się w pojedynek, który uważa za najbardziej żenujący w jego karierze.
Zabawne sytuacje mają również miejsce podczas fabuły głównej, gdzie nie brakuje pakowania się w owe kłopoty przez naszego kapitana, przyjmowania dziwnych, nieraz naprawdę głupich zadań – te notabene prowadzą do katastrofy. Członkowie załogi w zabawny sposób nie zostawiają suchej nitki na Henrym, gdy stara się udowodnić, że taki już jest, że tak miało być, nawet jeśli było zgoła inaczej. Dobrym przykładem tego typu sytuacji jest czas po jednym z pojedynków, gdzie Hell dostaje sztyletem w zacny piracki zad. Załoga stwierdza wtedy, że albo ma tak wielki tyłek, że nie sposób w niego nie trafić, albo przeciwnik ma bardzo dobre oko.