O Devolver Digital można napisać wiele, ale na pewno nie to, że jako wydawca boi się stawiać na niezależne studia deweloperskie. Szkockie No Code to właśnie jeden z takich płynących pod prąd przypadków – niewielki zespół odpowiedzialny za znakomicie przyjęte Stories Untold, który wziął się tym razem za bary z tematyką poważnego science fiction. Jeżeli zatem kiedykolwiek zadawaliście sobie pytanie, jak wyglądałaby produkcja łącząca elementy Obcego, 2001: Odysei Kosmicznej, Life’a i Ukrytego wymiaru, teraz macie odpowiedź –wyglądałaby jak Observation.
Tak duża ilość tytułów we wstępie żadną miarą nie jest przypadkowa, a dałoby się do tego zacnego grona dodać jeszcze przynajmniej kilka pozycji – ot, gra Szkotów wręcz naszpikowana jest mniej lub bardziej wyraźnymi odniesieniami zarówno do klasyki, jak i nowszych pozycji w gatunku. Szczęśliwie jednak dla naszej growej braci, Observation tylko do zapożyczeń się nie ogranicza. W przeciwieństwie do całej chmary bliźniaczo do siebie podobnych symulatorów chodzenia, jakiej doświadczyliśmy w ostatnich latach, tym razem mamy na rozkładzie jazdy pełen zestaw: niezwykle intrygującą fabułę i przemyślany gameplay.
Gdzie jesteś, Emmo?
Historia zabiera nas do 2026 roku, na międzynarodową stację kosmiczną – tytułowe Observation – na której właśnie doszło do tajemniczej awarii. Większość podzespołów przestała funkcjonować, a co znacznie bardziej niepokojące, wszyscy załoganci oprócz Dr. Emmy Fisher zniknęli bez śladu. W tym miejscu nadchodzi pierwsza niespodzianka – otóż nie, w grze studia No Code nie będziemy wcielać się w panią doktor. Zaradna bohaterka szybko zdaje sobie bowiem sprawę, że sama nie ma szans przetrwać i w pierwszej kolejności przywraca do „życia” S.A.M.-a, sztuczną inteligencję opiekującą się stacją. Od tego momentu do akcji wkraczamy my sami, właśnie jako S.A.M. mając za zadanie nie tylko pomóc Emmie zlokalizować i wyeliminować uszkodzenia, ale i poznać prawdziwą przyczynę katastrofy.
Fabuła, jaką fundują nam twórcy jest, nie przymierzając, znakomita. Pomijając już nawet wspomniane inspiracje najlepszymi z sobie podobnych, scenariusz potrafi też wręcz zadziwiająco dobrze stopniować napięcie. Enigmatyczny start i sugestie ledwie przemykające w odnajdowanych zapiskach astronautów tylko wzmagają poczucie zagubienia i – co chyba jeszcze istotniejsze – znajdowania się u samych wrót wielkiej tajemnicy. Nie ominie nas też kilka potężnych (kto wie czy nie „naj” z ubiegłorocznych produkcji) zwrotów akcji, które postarają się jeszcze bardziej zawiązać nasz umysł w supeł. I choć ostatecznie można odnieść wrażenie, że wszystko to już gdzieś kiedyś widzieliśmy, nigdy nie tracimy rozbudzonego na początku rozgrywki zainteresowania – a historia pozostaje kołem zamachowym mocy uderzeniowej Observation…
Obserwuj, eksploruj, myśl
…podobnie jak i jej mechaniki rozgrywki. Gra Szkotów jest, co do istoty, połączeniem przygodówki, symulatora chodzenia (choć w tym przypadku raczej należałoby napisać: latania) i interaktywnych puzzli – wszystkich ściśle podporządkowanych zarówno miejscu akcji, jak i kolejnym fragmentom scenariusza. Jako S.A.M., początkowo będziemy mieli dość skromne możliwości: nasze zadanie będzie ograniczało się do przejmowania kamer bezpieczeństwa w poszczególnych sekcjach i, za ich pomocą, wypatrywania notatek, laptopów lub innych elementów otoczenia, pomagających czy to w pchnięciu do przodu historii, czy rozwikłaniu kolejnych zagadek. Z czasem zyskujemy możliwość swobodnego przemieszczania się po poszczególnych modułach stacji – i tak naprawdę od tego momentu zaczyna się dla nas albo prawdziwa zabawa, albo początek sporej irytacji.
Główną rolę odgrywają tu dwie decyzje twórców. Po pierwsze, Observation nie zamierza prowadzić nas za rączkę. Teoretycznie mamy mapę, a na niej znaczniki, ale zapomnieć możecie o popularnej w obecnych produkcjach „drodze do celu”, a wiele rzeczy trzeba po prostu wziąć na logikę. Po drugie, brak grawitacji – oddany tu na tyle wiernie, że przy próbie szybszego poruszania się po stacji (oprócz nabawienia się gwarantowanych zawrotów głowy) nadzwyczaj łatwo stracimy orientację. Tym samym produkcja No Code przeznaczona jest definitywnie dla specyficznego grona odbiorców – takich którzy preferują wolniejsze tempo, a przy tym lubią „lizać ściany” w poszukiwaniu kolejnych elementów fabuły i fragmentów układanek.
Te ostatnie zaś są wyjątkowo dobrze wpasowane w kosmiczny setting – czyli z reguły związane z ponownym uruchamianiem kolejnych podzespołów czy otwieraniem zaworów i śluz. Poziom trudności jest zróżnicowany – o ile niektóre to proste dopasowywanki na zasadzie „kółko do kółka, kwadrat do kwadratu”, zdarzają się i takie, które wymagają sprawdzonej metody w postaci kartki papieru i długopisu. Rzadko zdarza się jednak, żebyśmy w jednym miejscu utknęli na dłużej, więc stanowią one raczej integralny element rozgrywki, niż zapychacze hamujące jej tempo. Poza wszelkiej maści puzzlami, kilkukrotnie zdarzy nam się wyjść w przestrzeń kosmiczną by np. ocenić skalę zniszczeń, czy zmierzyć się z prostymi sekwencjami QTE.
Jaki piękny ten kosmos
Jak na kosmiczne puzzle, gameplay robi więc wrażenie swą różnorodnością – a podobne odczucia pozostawia po sobie oprawa. O ile o ścieżce dźwiękowej można powiedzieć po prostu tyle, że jest i spełnia swoje zadanie o tyle kwestie dialogowe to ścisła światowa czołówka, bo aktorzy wcielający się zarówno w przeżywającą całą paletę emocji Emmę, jak i chłodnego, opanowanego S.A.M.-a, wypadają w swoich rolach niezwykle naturalnie.
Nie ma się też do czego przyczepić w kwestii grafiki. Wrażenie robią przede wszystkim modele postaci, niezła mimika twarzy i zabawa światłem i cieniem w klaustrofobicznych przestrzeniach, utrzymanych w stylistyce wspomnianego na wstępie Life’a. Gołym okiem widać, że Szkoci włożyli sporo wysiłku w nadanie lokacjom realizmu i umieścili w nich sporo małych szczególików – zamiast sterylnych, niemal szpitalnych korytarzy, te faktycznie wyglądają, jakby wcześniej były zamieszkane przez ludzi.
Wizerunek Observation mocno oberwał w związku z agresywną polityką wyłączności nowego launchera Epic Games: na kilka tygodni przed premierą gra zniknęła ze Steama i przeniosła się jako tytuł ekskluzywny na Epic Games Store. Taka zagrywka z jednej strony rozeźliła społeczność graczy, z drugiej sprawiła, że gra przeszła poniekąd bez echa. A szkoda, bo choć trudno produkcję No Code nazwać jedną z tych, które przyciągają milionową publikę, bez wątpienia zasługuje ona na większą rozpoznawalność – i to nie tylko pośród fanów gatunku.