Kyle Higgins jest raczej mało znanym scenarzystą w Polsce, był choćby współscenarzystą wraz ze Scottem Snyderem przy Batmanie. Budowniczowie Gotham. A teraz przyszła kolej na jego autorski komiks superbohaterski. Czy Kyle Higgins umie pisać ciekawe historie?
Oto nadchodzi superbohater, jakiego… potrzebujemy?
Ostatnimi czasy w komiksach superbohaterskich poszukuje przede wszystkim pewnych innowacji. Z tego powodu, tak przypadł mi do gustu Local Man od wydawnictwa Lost in Time. Sięgając po Radiant Black, liczyłem na coś równie oryginalnego, tym bardziej że serię zachwala sam autor Invincible. Przyznaję, że tak szybko nie odbiłem się od żadnego komiksu. Po pierwsze bohaterowie i ich dialogi są męczące, a momentami żenujące. Mamy na przykład przepiękną scenę na torach, gdzie kolega protagonisty kłóci się z policjantami. Karzą mu zejść z torów, bo to są… uwaga… prywatne tory. Na co on stwierdza, że sprawdza swoją wolność… do… umierania? Bo oczywiście, że nadjeżdża pociąg! Jak to dobrze, że protagonista chwile wcześniej zmacał kosmiczną czarną dziurę i zyskał moc, bo inaczej nie przełamałby siły grawitacji i nie ocalił swojego kumpla przed śmiercią, unosząc pociąg kilka metrów nad ziemię.
Po raz kolejny supermoce dostał… cymbał?
To może pomówmy chwilę więcej o bohaterach. Czy protagonistę da się lubić? Nie, za żadne skarby świata. Najchętniej dałbym mu w twarz i to kilka razy, praktycznie przy każdym jego tekście. Bo kim jest nasz główny bohater? Niespełnionym pisarzem, który się zadłużył na prawie czterdzieści tysięcy. W ciągu dwóch lat nie napisał niczego ponad dwoma stronami i jest przekonany, że pisanie jest ważniejsze od normalnej pracy (nie chcę dalej robić za taksówkę, bo przecież ma z tego marny grosz). I ledwo co dostał moce, a już następnego dnia czuje, że osiągnie coś niesamowitego, jeśli dobrze to rozegra. Gość ma jakieś trzydzieści lat, a zachowuje się gorzej niż nastolatek. Twórcy jeszcze go przedstawiają, jako ofiarę, której należałoby współczuć.
Generyczny komiks superbohaterski
Czy Radiant Black, choć broni się rysunkami? Pewnie, że nie. Jest mocno przeciętnie. Kreska nie powala, momentami jest po prostu brzydka. Stroje superbohaterskie kompletnie do mnie nie przemawiają. Jedynie co dobrze się prezentuje to okładka. Wygląda genialnie, aż chce się sięgnąć po ten komiks, tylko że to pułapka! Najlepsze co ma ten komiks do zaoferowania to, proza naszego superbohaterskiego pisarza! Oczywiście żartuję, te dwie strony powieści przez niego stworzonej pokazują, że lepiej, jednak aby zajął się czymś innym. A faktycznie najlepsze są dodatki, czyli galeria ładnych, różnorodnych okładek. Aha i jeszcze podoba mi się faktura oprawy, bardzo przyjemnie się trzyma i maca ten komiks.
Uwaga… pudło
Kompletnie mi nie podszedł Radiant Black, głównie za sprawą tak żałosnego protagonisty. Prawie w tej recenzji nie wspomniałem o wątku superbohaterskim, ale szczerze jest równie lipny, jak główny bohater. Naprawdę nie chcę mi się już pisać o tym „dziele”. Mam dość, zmęczyłem się, raptem tak krótki komiks musiałem sobie dawkować na trzy posiedzenia, bo już po dwóch zeszytach byłem wyczerpany. Widziałem opinie innych, że zastosowano genialny zabieg w tym komiksie, dotyczący „wymiany superbohatera”. Bardzo to oryginalne, zwłaszcza w świecie Marvela czy DC, gdzie mamy różne wersje tych samych superbohaterów, a także co jakiś czas jedna postać przejmuje pałeczkę po innej. Po prostu niesamowity zwrot akcji, podobnie, jak finał pierwszego tomu. Jak ktoś chce, niech próbuję, może coś ciekawego odnajdzie w tym komiksie, ale ja mam po prostu dość. Jak dla mnie jeden z najgorszych komiksów, jakie czytałem.