Inżynier Mamoń w Rejsie mówił, że najbardziej podobają mu się melodie, które już zna, i pewnie nie jest w swojej opinii osamotniony. Tylko czy popularność zawsze idzie w parze z dobrą jakością? Powieść Johna Flanagana Kaldera przypomina właśnie taką bardzo wtórną piosenkę i dość mocno rozczarowuje.
Kapitan i jego wierna drużyna
Kaldera to siódma odsłona cyklu Drużyna Johna Flanagana. Bohaterami serii są kapitan Hal i jego dzielni kompani. Na początku tego tomu zastajemy całą załogę Czapli odpoczywająca w domu po trudach podróży na drugi kraniec świata. Wszyscy nieco się nudzą, ich największą i właściwie jedyną rozrywką jest turniej, który ma wyłonić najdzielniejszego z wojowników Skandii. Wtedy znienacka pojawia się ojciec jednego z załogantów – Stiga – z nietypową prośbą. Olaf nie jest zbyt mile wdziany w rodzinnych stronach, ponieważ wiele lat temu zostawił swoją żonę i maleńkiego syna i uciekł do Byzantos, kraju rządzonego przez młodziutkiego władcę i jego matkę. Zrobił na cesarskim dworze dużą karierę, był dowódcą straży pałacowej, strzegącej następcy tronu. Niestety, książę został porwany przez piratów i ktoś musi wyruszyć mu na ratunek. Olaf postanawia zwrócić się o pomoc do swojego syna i jego towarzyszy.
Drużyna Czapli na początku sceptycznie podchodzi do opowieści właściwie nieznajomego mężczyzny, ale chęć przygód pcha ich na morze. Postanawia wyruszyć na poszukiwania porwanego chłopca i jego prawdopodobnego oprawcy – pirata Myrgosa. Razem z Halem i jego towarzyszami przepływamy rozległe morza, oglądamy odległe miasta i przeżywamy wspaniałe przygody. Tylko czy do końca tak właśnie jest?
Ale to już było
Kaldera jest, niestety, bardzo wtórną powieścią. Wszystkie rozwiązania fabularne znamy już z innych książek, a to, jak rozwinie się akcja i jakie będzie zakończenie, można z łatwością przewidzieć. Opowieści o dzielnych żeglarzach są w różnych formach obecne w naszej kulturze właściwie od jej samego początku, ale to nie znaczy, że nie da się z nich wykrzesać chociaż odrobiny oryginalności. Tu z góry wiadomo, że Hal – kapitan – będzie bohaterski i odważny, z fantazją wyprowadzi swoją załogę z każdej opresji, a wszystkie jego sprytne plany się powiodą. Jego drużyna, składająca się teoretycznie z wielu dzielnych bojowników, była dla mnie tak naprawdę czymś w rodzaju kilkunastu klonów, różniących się właściwie tylko imionami.
Ten tom opowieści nie wnosi właściwie niczego nowego do rozwoju postaci czy całej historii, jest jak kolejny odcinek dość nudnego serialu, o którym z góry wiadomo, że skończy się dobrze, nikt nie zginie, ale będzie dużo wybuchów, ucieczek i trochę walki. Chyba jedyny w miarę oryginalnym wątek to ten Olafa i Stiga, ojca i syna próbujących naprawić swoje relacje po wieloletniej rozłące, ale i tu zbyt wiele się nie dzieje. Z drugiej strony sam pomysł na to, że ktoś, kto porzucił swoją rodzinę na pastwę losu, naraził ją na biedę i ludzką pogardę, potem przyjeżdża po wielu latach prosić swego potomka o pomoc i ją uzyskuje, wydaje się dość mało prawdopodobny psychologicznie, żeby nie powiedzieć – głupi.
Kaldera to sprawnie napisana książka, świat w niej przedstawiony jest złożony i rozbudowany, ale jednak przeważającym odczuciem po jej lekturze jest znudzenie. To taki tom cyklu, który równie dobrze mógłby się nie pojawić i nie zaszkodziłoby to wcale całokształtowi opowieści. Seria o przygodach Hala i jego drużyny ma naprawdę duży potencjał, szkoda tylko, że autor zaczyna go rozmieniać na drobne, tworząc takie słabsze i niepotrzebne części. Pozostaje liczyć na to, że następna książka będzie znacznie lepsza.
Nasza ocena: 6/10
Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Tylko dla zagorzałych fanów serii!!!
Fabuła: 5/10
Bohaterowie: 6/10
Styl: 6/10
Wydanie i korekta: 7/10