Site icon Ostatnia Tawerna

Tragiczne millenium… – recenzja komiksu „Hawkmoon”, t. 2

Michael Moorock jest płodnym autorem, mającym na swoim koncie sporo książek fantasy. Między innymi przełożoną na język polski w 1991 r. sagę pt. Historia Runestaffa. Teraz przyszła pora na komiksową adaptację tej zapomnianej serii. Czy warto sięgnąć po Hawkmoona i przekonać się jaki świat Michael Moorock wymyślił w 1967 roku?

Mroczne oblicze… Granbretanii

W Hawkmoonie obserwujemy zniszczony świat, w którym króluje magia i technologia. Europa jest pod kontrolą Granbretańczyków, którzy korzystają między innymi z czarnej magii, a także mają dostęp do najnowocześniejszego sprzętu. Tytułowy Hawkmoon jest księciem z miasta Köln, które zostało podbite przez potężną Granbretanię. Po wszczepieniu mu w czoło klejnotu, który miał go kontrolować, protagonista trafił do Kamaragu na przeszpiegi. Jednakże, dzięki pomocy tamtejszego władcy udało mu się na krótki czas wyrwać spod władzy Króla-Imperatora Huona. I oto w drugim tomie Hawkmoon wyrusza na daleki wschód, aby znaleźć sposób, dzięki któremu pozbędzie się przeklętego czarnego klejnotu. Niestety, zamiast dotrzeć do celu, Dorian, ląduje w lasach Bulgarów. Spotyka tam nieocenionego towarzysza, ale co najgorsze, natyka się na wyznawców Szalonego Boga. Cóż mogę powiedzieć, pierwszy tom wciągnął mnie bardziej, głównie ze względu na to, że to był mój pierwszy kontakt z uniwersum wykreowanym przez Michaela Moorocka. Kontynuacja jest już taką typową przygodówką bez spektakularnych zwrotów akcji itd. Choć poznajemy kilka ciekawych elementów charakterystycznych dla tego dziwnego świata, ale koniec końców cały czas więcej tutaj tajemnic i niedopowiedzeń. Nasz protagonista ma mnóstwo szczęścia, momentami zdawałoby się, że za dużo tutaj dziwnych przypadków. I gdy to wszystko wydawało mi się naciągane, to znienacka na ostatniej stronie komiksu przekonałem się, że to wszystko ma sens – szok! Z innych pozytywów wypada mi wspomnieć, o towarzyszu protagonisty, czyli Oladahanie, który jest w połowie krasnoludem. Podoba mi się ich relacja, zwłaszcza ta uniżoność Oladahana względem księcia Köln, którego to najbardziej irytuje. Ostatecznie przeczytałem drugi tom na raz, bo leci się przez te sto dwanaście stron błyskawicznie. Jest to naprawdę wciągająca lektura, nie jest może bardzo ambitna, a Lost in Time ma w swojej ofercie komiksy prezentujące ciekawsze uniwersa, mimo to nie żałuję ani minuty spędzonej przy tej pozycji.

Przerażająca wizja świata

Michael Moorock zaserwował nam mroczną wizję zdewastowanej Europy, którą sprawnie przełożył na język komiksu Jérôme Le Gris. A wszystko to pięknie rozrysował Benoit Dellac. Nie jest może najzdolniejszym rysownikiem, ale ciężko się przyczepić do jego warsztatu. Futurystyczne pojazdy robią wrażenie, podobnie, jak sceny batalistyczne (co prawda tych więcej uświadczymy w pierwszym tomie). Za to najbardziej w tym tomie urzekły mnie kadry przedstawiające dzikie stado kruków. Raptem kilka scen, ale bije z nich groza i majestat kruczych obrońców jednego z miast. Ciekawe są też projekty zbroi. Dellac trzyma wystarczająco wysoki poziom kreski, aby czytelnik mógł w pełni rozkoszować się tym oryginalnym i ciekawym światem. Do wydania, jak zwykle przy komiksach od Lost in Time, nie mam zastrzeżeń. Szkoda, że nie uświadczymy na końcu żadnych dodatków, ale miło, że choć za wyklejkę robi mapa przedstawiająca miejsce akcji.

Czy to już naprawdę koniec przygód Hawkmoona?

Największy problem z tym komiksem jest taki, że to jeszcze nie koniec. Niestety na stronie wydawnictwa widnieje informacja, że mamy do czynienia z ostatnim tomem. Jak dla mnie Hawkmoon nie domyka tylu wątków, że wielką stratą będzie, jeśli twórcy nie pociągną tej historii dalej. Zakończenie daje jakąś namiastkę satysfakcji, bo wyjaśniła się sytuacja z naszym protagonistą i czarnym klejnotem. Jednakże pozostaje tyle ciekawych elementów, które aż proszą się o dopowiedzenie, choćby czym jest runiczna laska, a także kim jest tajemniczy jeździec w czerni i złocie. Rzuciłem okiem na pierwowzór literacki i teoretycznie wygląda, że jesteśmy w połowie oryginalnej sagi. Podsumowując, Hawkmoon wciąga, przede wszystkim ze względu na ciekawy, oryginalny świat, którego niestety nie mamy czasu, aż tak bardzo dobrze poznać. Mam nadzieję, że za prędzej niż później dostaniemy informacje o kontynuacji, bo na chwilę obecną otrzymujemy urwaną historię. A ja chciałbym poznać jej dalszy ciąg.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Lost in Time, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.

Nasza ocena: 7/10

Hawkmoon jest komiksem przedstawiającym ciekawą i oryginalną wizję świata, aczkolwiek ewidentnie mamy do czynienia z urwaną historią.



Fabuła: 6,5/10
Bohaterowie: 6,5/10
Oprawa graficzna: 7,5/10
Wydanie: 7,5/10
Exit mobile version