Site icon Ostatnia Tawerna

Science fiction o przyszłości, która okazuje się zaskakująco bliska – recenzja komiksu „Nawet nas tu nie ma” t. 1-2

Polski komiks science fiction nie należy do gatunków, które regularnie trafiają na pierwsze strony serwisów komiksowych. Tym bardziej cieszy, gdy pojawia się tytuł próbujący opowiedzieć o przyszłości w sposób ambitniejszy niż tylko poprzez futurystyczne gadżety, kosmiczne bitwy czy widowiskowe technologie. Taki właśnie jest dyptyk Nawet nas tu nie ma Filipa Jędrzejewskiego – historia, która wykorzystuje science fiction przede wszystkim jako narzędzie do opowiedzenia o człowieku. To nie jest opowieść o podboju kosmosu. To historia o samotności, dorastaniu, relacjach i świecie, w którym technologia coraz skuteczniej zastępuje prawdziwą bliskość.

Mars jest tylko i aż świetnym tłem

Pierwszy tom rozpoczyna się od pozornie klasycznego motywu science fiction. Główny bohater, Kid, trafia do marsjańskiej kolonii, gdzie przez kilka lat wykonuje obowiązkową pracę. Bardzo szybko okazuje się jednak, że Mars nie jest miejscem wielkiej przygody ani symbolem ludzkiego triumfu nad kosmosem.

Autor świadomie odczarowuje romantyczną wizję kolonizacji. Zamiast ekscytującej eksploracji otrzymujemy monotonną rzeczywistość podporządkowaną obowiązkom, regulaminom i poczuciu izolacji. Czerwona Planeta staje się bardziej odległym zakładem pracy niż spełnieniem marzeń o podboju kosmosu. I właśnie dzięki temu świat przedstawiony wydaje się zaskakująco wiarygodny.

Prawdziwym sercem tej historii nie jest Mars, lecz Datasfera – cyfrowa rzeczywistość, do której bohaterowie mogą przenosić swoją świadomość po zakończeniu pracy. To miejsce pozwalające uciec od szarości codzienności, spotkać bliskich, stworzyć własną przestrzeń i funkcjonować według zupełnie innych zasad. Jędrzejewski nie traktuje jednak tego pomysłu jako kolejnego futurystycznego gadżetu. Datasfera bardzo szybko staje się metaforą współczesnego internetu, mediów społecznościowych i życia prowadzonego równolegle w świecie cyfrowym. Granica pomiędzy rzeczywistością a przestrzenią wirtualną zaczyna się zacierać. Bohaterowie coraz częściej budują relacje właśnie tam, a nie w prawdziwym świecie. Paradoksalnie to właśnie cyfrowe spotkania wydają się bardziej szczere niż rozmowy prowadzone twarzą w twarz. Trudno nie dostrzec, że wiele z tych obserwacji brzmi dziś wyjątkowo aktualnie.

Choć fabuła wykorzystuje wiele klasycznych motywów science fiction, w rzeczywistości jest przede wszystkim opowieścią o dojrzewaniu. Kid nie przypomina typowego bohatera ratującego świat. Jest zagubiony, niepewny siebie, często bierny i zwyczajnie nie wie, czego oczekuje od własnego życia. Relacja z San rozwija się powoli, pełna jest niedopowiedzeń i emocjonalnych napięć. To bardziej historia ludzi próbujących odnaleźć siebie niż klasyczny romans. W drugim tomie ten aspekt zostaje jeszcze mocniej rozwinięty. Powrót Kida na Ziemię nie oznacza nowego początku. Wręcz przeciwnie – bohater nadal zmaga się z poczuciem zagubienia, wspomnieniami oraz przekonaniem, że inni od zawsze podejmowali za niego najważniejsze decyzje. Dzięki temu łatwo uwierzyć w jego emocje. To postać daleka od ideału, ale właśnie dlatego wiarygodna.

Największą zmianą względem pierwszej części jest skala opowieści w drugim tomie. Początkowo autor skupia się głównie na losach Kida i jego najbliższego otoczenia. Z czasem coraz więcej miejsca poświęca jednak funkcjonowaniu całego społeczeństwa. Datasfera przestaje być wyłącznie ciekawym wynalazkiem. Staje się elementem ogromnego systemu kontrolowanego przez korporację, która stopniowo ogranicza dostęp do swoich usług, uzależniając je od możliwości finansowych użytkowników.

Nietrudno dostrzec tutaj odniesienia do współczesnych modeli biznesowych opartych na subskrypcjach, płatnych funkcjach czy cyfrowych monopolach. Największą zaletą pozostaje jednak sposób prowadzenia tego wątku. Autor nie zamienia komiksu w publicystyczny manifest. Społeczne napięcia narastają powoli i naturalnie, aż w pewnym momencie zaczynają bezpośrednio wpływać na życie bohaterów. To jeden z najlepiej napisanych elementów całej historii. Warstwa graficzna również zasługuje na uwagę.

Styl Filipa Jędrzejewskiego nie próbuje rywalizować z efektownymi, realistycznymi komiksami amerykańskimi. Autor stawia raczej na oszczędność środków i przejrzystość narracji.

Momentami można dostrzec inspiracje amerykańskim komiksem lat osiemdziesiątych, zwłaszcza sposobem budowania dynamiki plansz, ale równie wyraźnie widoczne są wpływy japońskiej mangi. Nie chodzi jednak o charakterystyczny sposób rysowania postaci, lecz o rytm opowieści, tempo prowadzenia scen oraz emocjonalność kadrów.

Kompozycja plansz jest przemyślana, a autor bardzo świadomie prowadzi wzrok czytelnika od jednego kadru do kolejnego. Widać, że doskonale rozumie język komiksu i potrafi opowiadać historię przede wszystkim obrazem. Na uwagę zasługuje również czarno-biała stylistyka. Początkowo może zaskakiwać, zwłaszcza po bardzo efektownej okładce, ale szybko okazuje się trafnym wyborem. Monochromatyczna oprawa dobrze współgra z chłodnym klimatem opowieści i podkreśla poczucie izolacji towarzyszące bohaterom…

Jedna z ciekawszych polskich historii science fiction ostatnich lat

W drugim tomie można odnieść wrażenie, że autor momentami zbyt mocno zakochuje się we własnych refleksjach. Niektóre dialogi i monologi są wyraźnie dłuższe, niż wymaga tego sytuacja, a część przemyśleń mogłaby zostać pokazana samym obrazem.

Zdarza się również, że tempo narracji wyraźnie zwalnia. Historia świadomie stawia na atmosferę i emocje zamiast widowiskowej akcji, ale miejscami odbija się to na dynamice opowieści.

Nie wszystkim przypadnie również do gustu zakończenie drugiego tomu, które pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi.

Największym sukcesem Filipa Jędrzejewskiego pozostaje jednak coś zupełnie innego.

Po zamknięciu obu tomów trudno pamiętać przede wszystkim Marsa, futurystyczne technologie czy Datasferę. Znacznie mocniej zostaje w pamięci opowieść o samotności, potrzebie bliskości, lęku przed dorosłością i świecie, w którym coraz łatwiej komunikować się z każdym, a jednocześnie coraz trudniej naprawdę się z kimś porozumieć. To właśnie dlatego Nawet nas tu nie ma działa tak dobrze. Science fiction staje się tutaj jedynie kostiumem dla historii, która równie dobrze mogłaby wydarzyć się dziś. I być może właśnie dlatego momentami wydaje się aż tak niepokojąco prawdziwa.

Nasza ocena: 8,6/10

Nawet nas tu nie ma to jedna z najciekawszych polskich propozycji science fiction ostatnich lat. Filip Jędrzejewski stworzył historię, która zamiast imponować technologicznymi wizjami przyszłości, skupia się na emocjach, relacjach i współczesnych problemach człowieka.



Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 9/10
Oprawa graficzna: 8,5/10
Wydanie: 8/10
Exit mobile version