Trzeci tom Kawiarni pod Pełnym Księżycem zabiera nas na błękitną planetę… Neptun. Żeby wyruszyć w tak daleką drogę, wykorzystamy oddziaływanie grawitacyjne Saturna. Oczywiście nie naprawdę — po prostu porozmawiamy o konflikcie między regułami i marzeniami.
Fly me to the moon
Tym razem polecimy dalej niż Frank Sinatra pierwotnie planował, Mars i Jowisz są już dawno za nami. Wyskoczymy poza Saturna, planetę, która w uniwersum Kawiarni symbolizuje bycie rozsądnym i dobrym obywatelem, przestrzegającym wszystkich niepisanych i czasem trudnych do zrozumienia praw rządzących relacjami międzyludzkimi. Ten kociak robi to, co wypada i należy. Prawdopodobnie wcale nie jest kotem… Ale nie czas na gatunkowe rozważania, bo na scenę z wdziękiem, nawet jeśli nieco zakręcony, wskakuje Neptun. Za sławnymi pierścieniami rozpościera się niebieska głębia marzeń i twórczości. Nieoczywista i zdolna do siania wielkich zniszczeń.
Termin transsaturnowy pochodzi z Cudu i tak naprawdę… zgodnie z ideą kierowania się na Neptuna nie jest oficjalny. W astronomii mówi się raczej o planetach transneptunowych właśnie. Mochizuki do zbudowania metafory potrzebowała jednak kontrastu między poprawnością i wymykaniem się regułom. W trzecim tomie kawiarnianego zodiaku buduje skomplikowaną, dość dramatyczną intrygę, żeby opowiedzieć o tym, czy możliwe jest wydostanie się ze studni grawitacyjnej zwyczajów, wymagań i zobowiązań.
Wszystkie odcienie miłości
Cud Bramy Lwa korzysta z klasycznych motywów często granych w japońskiej (i nie tylko) popkulturze. Będzie więc chodziło o relację jeszcze z czasów szkolnych, niespełnioną i obarczoną tajemnicami. Ale też o rodzinę, tym razem nieklasyczną, bo dwuosobową. Tym razem dostajemy też bezpośrednią kontynuację wątku z poprzedniego tomu. Pamiętacie młodą aktorkę, która musiała postanowić, jak postąpić, gdy wydał się jej romans z żonatym mężczyzną? Satsuki wraca i zabiera nas do swojego domu. A za chwilę światło odbite od Neptuna padnie na jej mamę.
Cały ten splot międzyludzkich relacji nie jest aż tak trudny do zrozumienia, żebyśmy szybko nie zaczęli podejrzewać, co jest na rzeczy. I nie zaczęli nabierać podejrzeń, że zarówno intryga jak i jej rozwiązanie są co nieco drobnomieszczańskie, choć niepozbawione dobrych intencji. W poprzednich recenzjach tej serii pisałam, że od czasu do czasu będziecie dostrzegać w nich specyfikę japońskiego społeczeństwa i to, że problemy wciąż dla niego aktualne u nas już powoli nie są problemami, a na pewno inaczej się o nich rozmawia. Chociaż może nie ma co szastać różnicami kulturowymi, może to sama autorka postrzega świat w taki sposób, że ja odczuwam zgrzyt między rozbudowaną teorią i nieco zbyt natarczywym rozwiązaniem, które jednoznacznie wpisuje bohaterów w tradycyjne role społeczne?
Ta część kawiarnianej serii jest wyjątkowo wzruszliwa, to wyciskacz łez, ale dla mnie niekoniecznie prowadząca do katharsis. Po części dlatego, że przy całej swojej emocjonalności i haśle o tym, żeby „słuchać swojego serca” jest pozbawiona głębszej refleksji nad tym, w jaki sposób posłuchać jeszcze cudzego, tak dla pewności. Mochizuki i jej bohaterowie na fali rozumienia samych siebie zakładają, że inni pragną tego samego. I nawet jeśli tym razem trafili, to jak na psychologiczny coaching za mało tu empatii.
Mai Mochizuki w posłowiu do Cudu pisze, że sama popłakała się nad wymyśloną przez siebie historią. I ten nieco grafomański rys da się odczuć. Wydaje mi się, że powoli wyczerpuje się też formuła, albo autorka się nią zmęczyła — coraz mniej tu słodkich kotków i zabawy estetyką feel good, coraz więcej niezbyt odkrywczej obyczajówki.
Nasza ocena: 6,5/10
Czuć zmęczenie materiału, ta część Kawiarni pod Pełnym Księżycem odchodzi od magicznej estetyki w stronę mocno uproszczonego coachingu relacji.Fabuła: 5/10
Bohaterowie: 6/10
Styl: 6/10
Wydanie: 9/10
