Pierwszy tom Bitter Root to zaskakująca mieszanka pulpowej akcji, niczym z komiksów włoskich, Afroamerykańskiego fantasy i historii społecznej, dlatego tak świetnie czyta się ten komiks. W sercu opowieści jest ród Sangerye – rodzina zielarzy-egzorcystów, która w Harlemie 1924 roku leczy (lub… amputuje) nienawiść zamieniającą ludzi w demony zwane Jinoo. Brzmi jak prosta „naparzanka z potworami”, ale to tylko punkt wyjścia. Pod powierzchnią pojedynków i bestiariusza pulsuje opowieść o rasizmie – o tym, jak pożera sprawców i ofiary, jak zmienia tkanki społeczne, i jak trudno go „wyleczyć” Tak, żeby was nie zmyliło, czarna magia nie oznacza tutaj czegoś złego, a jedynie jej użytkowników.
Groza, horror, etos rodziny oraz lata 20. XX wieku
Bitter Root wykorzystuje horror jak skalpel: by wyostrzyć, nazwać i oswoić to, co zwykle pozostaje w cieniu. Jinoo z którymi przyszło walczyć rodzinie, to dosłownie ludzie „zjedzeni” przez nienawiść – można ich ratować dzięki korzeniowi specjalnej rośliny, do której dostęp mają tylko główni bohaterowie. Ale są też potwory, których nie da się uzdrowić – ci, których człowieczeństwo zastąpiły jad nienawiści. Jednak ta walka stępuję także na wewnątrz rodziny, która trawiona jest dylematem: leczyć czy zabijać? Okazać miłosierdzie czy „zamknąć sprawę” na zawsze i przestać zbawiać świat przez dawanie drugiej szansy? Ten moralny rozkrok rozkręca fabułę na każdym kroku.
Walker, Brown i Greene osadzają akcję w konkretnym miejscu i czasie – Harlem tętni jazzem i życiem, wszystko jest kolorowe jak przystało na wytwory kultury Afroamerykanów, ale radość bywa brutalnie przerywana. Napięcie rasowe eksploduje w scenach próby linczu przez Ku Klux Klan i w policyjnym rajdzie na parkiet, gdzie czarni nowojorczycy kończą spałowani „w imię sprawiedliwości” za śmierci dwóch białych policjantów, którzy jak się potem okaże… zginęli z zupełnie innych powodów. To oryginalne odniesienia do historii – m. n. wspomnienie masakry w Tulsa (1921) zakotwiczają komiks w realiach, przez co metafora grozy wybrzmiewa mocniej. Efektywna metafikcja historyczna, coś, co obok Grzeszników od Warner Bros., tak bardzo przykuwa moją uwagę na historię Czarnej Ameryki.
Lżejszy oddech
Największą siłą tomu są postaci. Mamy przedstawicieli matriarchatu, kontynuatorów dziedzictwa i młode pokolenia, które wykonują zadania. Razem tworzą prawdziwą rodzinę: posprzeczaną, czułą, nieidealną – i przez to wiarygodną. Choć Bitter Root bywa druzgocące, nie jest wyłącznie katalogiem koszmarów. Sceny wspólnego gotowania dla ocalałych, drobne uszczypliwości między krewnymi, momenty, w których Blink udowadnia swoją wartość kijem i sprytem – to wszystko rozluźnia napięcie, nie rozmywając tematu. Niby akcyjniak, a ma coś do przekazania i zmusza do myślenia.
Polskie wydanie Shock Comics robi różnicę: po historii dostajemy eseje autorstwa czarnych badaczek i badaczy (m.in. Reginy N. Bradley, Qiany Whitted, Stacey Robinson, Ceeona D. Quiett Smith), które poszerzają kontekst – od Afrofuturyzmu po tradycję rootworku. Między tekstami znajdziemy galerię wariantów okładkowych i fan-arty. Całość zbiera zeszyty #1–5, tworząc domknięty, treściwy pakiet na start.
Bitter Root Vol. 1: Family Business to tom, który zadowoli zarówno fanów horroru i fantasy, jak również czytelników szukających sensownej rozmowy, symbolik przemocy i uprzedzeń rasowych. To historia głęboko zanurzona w afroamerykańskim duchu a dodatkowo uniwersalna. Dobry start wydawnictwa.
Nasza ocena: 9,1/10
Super odskocznia od herosów, a jednocześnie silne nawiązanie do Doktora Vooda. Czekam na więcej tej metafikcji historycznej.
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 8/10
Oprawa graficzna: 10/10
Wydanie: 9,5/10
